Historie prawdziwe

A mnie się wydaje (2): Czy ja się nadaję do selfpubu?

Z poprzedniej części cyklu wiesz już, że czasem selfpublishing to nie takie najgorsze zło, tylko trzeba umieć podejść do tematu. Dzisiaj opowiem, dlaczego „sam wydaję” nie oznacza „wydaję w wersji tuż po napisaniu”, co kosztuje i ile, a także kiedy warto sobie odpuścić.

Na początek jednak wyjaśnijmy sobie pewne niedomówienie, które wynikło najwyraźniej z poprzedniego tekstu. To nie jest tak, że mamy bandę złych wydawców, którzy nie dopuszczają do wydania Prawdziwej Literatury i biedna Prawdziwa Literatura musi się wydawać sama. Wydawcy są w pierwszej kolejności biznesmenami, co oznacza tyle, że jeżeli mają do wyboru nieco lepiej napisaną książkę o totalnie niszowej tematyce i nieco gorzej (albo nawet znacznie gorzej, bądźmy szczerzy, i to się zdarza) napisaną książkę, która na pewno sprzeda się w zawrotnym nakładzie, wybiorą to drugie. A jeśli mają do wyboru bardzo dobrze napisaną książkę w modnym nurcie i kiepsko napisaną książkę w modnym nurcie, wybiorą to pierwsze. To, co Ty jako autor możesz zrobić, to dać z siebie wszystko przy pisaniu. Poczytać kilka podręczników dotyczących struktury tekstu, znaleźć czytelników, którzy przetestują Twoją pisaninę (tak zwanych betareaderów), wiedzieć, że przemyślałeś każdy element utworu. Na to masz wpływ – na sytuację na rynku wydawniczym nie. Ale nie musisz się godzić na obecny kształt tego rynku. Po to chcesz sam wydać swój tekst, prawda?

Dobry selfpublishing wymaga krytycznego myślenia. Zanim zainwestujesz pieniądze w wydanie własnej książki, zadaj sobie poniższe pytania kontrolne – i odpowiedz na nie szczerze, od tego zależy dobro Twoich oszczędności (oraz tych wszystkich drzew, które pójdą na wydruk Twojego dzieła). Oczywiście te pytania zdadzą egzamin tylko wtedy, jeśli jesteś w stanie oddzielić się od wielkiej miłości do własnego tekstu i spojrzeć na niego z boku. Jeśli nie jesteś – daj sobie spokój, przynajmniej na razie, żeby potem nie żałować.

  1. Co czyni mój tekst wyjątkowym?
  2. Dlaczego akurat on powinien się ukazać na rynku?
  3. Jaki mam pomysł na promocję mojego tekstu?
  4. Czy będąc czytelnikiem, sięgnąłbym po taką książkę?
  5. Dlaczego wydawcy nie chcą mojego tekstu? Czy jego temat jest kontrowersyjny albo niepopularny? Czy jestem w stanie sam dotrzeć do czytelników zainteresowanych tym tematem? W jaki sposób? Jak przekonać odbiorców do tej tematyki?

Ostatni zestaw pytań jest najważniejszy. Jeżeli nie umiesz na nie odpowiedzieć, istnieje spore ryzyko, że Twoja książka po prostu jest kiepsko/niezrozumiale/zbyt rozwlekle napisana, i w tym cały problem, a nie w mitycznym spisku wydawców. To znaczy, że najprawdopodobniej SELFPUBLISHING TU NIE ZADZIAŁA. Jeżeli natomiast udzieliłeś odpowiedzi na wszystkie pytania oprócz tego ostatniego, SELFPUBLISHING NIE JEST DLA CIEBIE. Nie teraz. Jak zamierzasz sprzedać książkę, na której promocję nie mają pomysłu wydawnictwa, skoro sam też go nie masz?

Odpowiedzi na pytania kontrolne Cię satysfakcjonują? To zadaj sobie jeszcze jedno: czy Cię na ten selfpublishing stać. Wydanie w pięciuset egzemplarzach (niewiele, ale tyle wystarczy na początek, żeby sprawdzić, czy pomysł chwyci) książki w formacie A5, liczącej ok. 12 arkuszy wydawniczych (1 arkusz wydawniczy to 40 000 znaków ze spacjami, objętość tekstu sprawdzisz np. w programie Word), będzie kosztować około sześciu tysięcy złotych. Samo wydanie, bez kosztów promocji czy dystrybucji.

Co tak drogo?

Żeby z tekstu napisanego w edytorze zrobić profesjonalną książkę, potrzebujesz następujących etapów procesu:

– redakcja utworu (usługa profesjonalnego redaktora kosztuje od kilkudziesięciu złotych za arkusz wydawniczy, przy czym to tych kilkadziesiąt bliżej trzycyfrowej kwoty);

– korekta utworu (pięćdziesiąt złotych za arkusz to minimum);

– przygotowanie okładki: grafika to tylko połowa sukcesu – potrzebne jest jeszcze liternictwo i dostosowanie oprawy graficznej do okładkowych wymogów drukarni (załóżmy, że masz szczęście i zamkniesz się w pięciuset złotych);

– skład książki (około sześćdziesięciu-osiemdziesięciu złotych za arkusz);

– wydruk (przy pięciuset egzemplarzach to około pięć złotych za egzemplarz, licząc z pięcioprocentowym VAT-em dla publikacji posiadających numer ISBN).

To nie wszystko, co musisz zrobić – ale wszystko, co uderzy po kieszeni. Nadal nie tracisz zapału?

Teraz dygresja: wydawnictwo typu vanity, często mylone z selfpublishingiem, zaoferuje Ci, że Ty dasz mu pieniądze, a ono wszystko zrobi za Ciebie. Ba, będzie „współfinansować” wydanie Twojej książki. Tylko że nie. Dowiesz się, że nie sześć, a dziesięć tysięcy to będzie Twój wkład, ponoć połowa kosztów wydawniczych. Nawet jeśliby dodać do przedstawionej wyżej kwoty dodać koszty dystrybucji i dość rzetelnej promocji, wątpliwe, by kwota sięgnęła dwudziestu tysięcy. A teraz spójrz na recenzje książek wydanych w trybie vanity: recenzenci słusznie zwracają uwagę na braki w redakcji, korekcie, prymitywne okładki. Promocja? Wysłanie kilkunastu egzemplarzy recenzenckich do blogerów to nie jest promocja, za którą warto płacić krocie.

Z tego wynika jedno: VANITY NIE JEST ROZWIĄZANIEM. Nigdy. Po pierwsze – koszty tej „usługi” nie odpowiadają jej jakości. Po drugie – te koszty nigdy się nie zwrócą, bo nawet jeżeli w umowie masz wpisane 25% ceny okładkowej, to będzie to góra dziesięć złotych od egzemplarza (rzadko). Potrzebujesz zatem tysiąca egzemplarzy, żeby włożone w proces wydawniczy pieniądze się zwróciły. A to mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że dostaniesz książkę, po której widać, że została źle (o ile w ogóle) zredagowana – i biorąc pod uwagę słusznie negatywny stosunek większości czytelników do vanity. Tu dochodzimy do po trzecie: vanity = brak selekcji tekstów. Vanity wydaje tekst, za którego wydanie autor zapłaci. I ludzie o tym wiedzą, więc nie mając pewności co do jakości takich utworów, przezornie nie sięgają po nie wcale. Podsumowując: będziesz mieć pusty portfel, kiepską reputację na rynku wydawniczym i spory niesmak. Nie warto. Przy selfpublishingu przynajmniej masz kontrolę nad każdym etapem procesu.

Ostatnia sprawa: ten rodzaj wydawania swojej twórczości wymaga żelaznych nerwów. Serio. Do kosztów dolicz astronomiczne kwoty wydane na walerianę czy czego potrzebujesz, żeby się uspokoić po tym, jak drukarnia trzeci raz w ciągu dwóch dni zmieni zdanie co do tego, jak ma wyglądać poskładany plik. Kiedy to piszę, jestem niecałe trzy tygodnie od premiery „Czarnej książki. Zostać mistrzem” i codziennie zdarza mi się gorąco żałować, że zdecydowałam się na bycie selfistką. To, czym w wydawnictwie zajmuje się cały zastęp ludzi, ja robię sama. Jeżeli nie dopilnuję osobiście, żeby składacz dał dobre marginesy, żeby patroni medialni dostali materiały promocyjne (które sama napisałam), żeby kalkulowane koszty wydruku zgadzały się z realnymi, ja i tylko ja będę winna porażce. A im lepiej Ci idzie zdobywanie partnerów i patronów medialnych, tym potem większa odpowiedzialność za jakość i terminowość ukazania się wydanej książki. Jeżeli źle działasz pod presją czasu, nie znosisz przesuwających się terminów i reagujesz histerycznie, kiedy na pięć minut przed premierą sypie się wszystko, a drukarni właśnie zabrakło tuszu – dobrze się zastanów, czy na pewno TEGO chcesz.

Wszystkie cechy z poprzedniego zdania są moimi cechami. Ale jestem selfistką, bo tak – ja tego chcę. Z całego serca. Zszargane nerwy to coś, z czym ludzie żyją, prawda?

Tyle „optymizmu” na dziś. Już wkrótce dowiesz się, jak znaleźć dobrego redaktora i korektora, i po co Ci oni w ogóle.

2 Comments

  1. WoW… Podziwiam, zwłaszcza jeśli jeszcze masz siłę o tym pisać i troszczyć się o innych! Dzięki! Zawsze jakoś mętnie podejrzewałam, że to może być dla mnie za dużo (nie jestem zbyt zorganizowana…) – teraz mam pewność.

    Reply

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *