Czarna Książka, Uncategorized

A mnie się wydaje (3): Szlifowanie diamentu

Po dłuższej przerwie na pokazywanie efektów selfpublishingu w praktyce czas wrócić do teorii. Dostałam ostatnio sporo pytań typu „jak to się robi”, czyli co zrobić, żeby tekst, o którym mówiliśmy w poprzednich dwóch częściach cyklu (TUTAJ i TUTAJ), zamienić w pełnokrwistą książkę.

Załóżmy, że masz już napisane to, co chcesz wydać, a analiza własnych możliwości oraz rynku upewniła Cię, że w tym momencie selfpublishing to najlepsza opcja. Zatem przejdźmy do samego procesu. Na dobry początek Twój tekst będzie potrzebować redakcji i korekty.

Redakcja to w dużym uproszczeniu ten proces, w którym tekst jest poddawany wielostronnej obróbce. Redaktor pracuje z Tobą nad niedociągnięciami w zakresie wiarygodności postaci, świata przedstawionego, struktury utworu, stylu… Jest najbardziej wnikliwym i czepialskim czytelnikiem i rozkłada Twój tekst na czynniki pierwsze, by uczynić go jeszcze lepszym.

Korekta, również w uproszczeniu, to ostatnie szlify na zredagowanym tekście. Korektor głównie usuwa literówki, błędy interpunkcyjne, powtórzenia i poprawia to, co w warstwie językowej mogli przeoczyć autor i redaktor.

Pierwsza ważna informacja: Wyobraź sobie, że Twój tekst to diament, a redaktor szlifuje go do brylantu. Redaktor musi mieć na czym pracować, więc w Twoim interesie leży, żeby dostarczyć mu tekst, który Ty poprawiłeś na tyle, na ile to możliwe. Jeżeli każde zdanie będzie trzeba przepisywać, żaden redaktor, nawet najbardziej zdeterminowany, nie znajdzie już czasu ani siły na skupienie się na konstrukcji świata i postaci, nie wspominając o sprawdzeniu, czy aby na pewno z okna Zamku Królewskiego główna bohaterka mogła dostrzec Wisłę. Zrób, ile w Twojej mocy, żeby trafiający do redaktora tekst był już jak najlepszy i żeby jego rola sprowadziła się do zrobienia brylantu, a nie do walki z bryłą węgla.

Druga ważna informacja: Nie, redaktor i korektor nie może być jedną i tą samą osobą. I nie, nie zrobisz sobie sam redakcji i korekty. Nie ma szans, żebyś dostrzegł wszystkie błędy, chociażby dlatego, że przy piątym przeglądaniu tekstu zaczniesz automatycznie odczytywać to, co chciałeś napisać, a nie to, co napisałeś. Poza tym nie dasz rady wyjść poza siebie i spojrzeć na Twoją opowieść jak osoba trzecia. Wszystko, co piszesz, chcąc nie chcąc przepuszczasz przez swoją percepcję – i nie jest ona tożsama z percepcją czytelnika. Warto, żeby przed wydaniem tekstowi uważnie przyjrzał się ktoś, kto nie jest autorem. Z daleka czasem lepiej widać.

No dobrze, a dlaczego redaktor nie może być jednocześnie korektorem? Właściwie z tego samego powodu – cudze błędy dostrzega się o wiele szybciej niż własne. Nie wspominając o tym, że nie każdy redaktor ma kwalifikacje na dobrego korektora – i vice versa. Rzekłabym wręcz, że to rzadkość. Obie te osoby skupiają się na innych aspektach pracy z tekstem.

Trzecia ważna informacja: Redaktor i korektor nie są Twoimi wrogami. Ale nie są też alfą i omegą. Jeżeli coś wzbudza Twoje wątpliwości, dyskutuj – byleby to nie były dyskusje pod każdym komentarzem, ponieważ nie są oni też świętymi. Nie obrażaj się też i nie podważaj kompetencji współpracowników przy każdej okazji. Domniemanie dobrych intencji pozwala zaoszczędzić sporo nerwów i spięć w ekipie.

Czwarta ważna informacja: Redaktor i korektor nie są też złodziejami, którzy tylko marzą o tym, by ukraść Twój tekst i wydać go pod swoim nazwiskiem. Nie musisz się obawiać.

Piąta ważna informacja: REDAKCJA I KOREKTA KOSZTUJĄ. Głupio się czuję, pisząc taką oczywistość – ale przerażająco często ludzie o tym zapominają.

Jeszcze raz. Redakcja i korekta kosztują. I to nie piwo ani nawet czteropak. Stawki korektorów zaczynają się od kilkudziesięciu złotych za arkusz wydawniczy, a redaktorów rzadko schodzą poniżej setki za arkusz.

Tutaj wtręt osobisty, aby nikt nie poczytał mi powyższych słów za hipokryzję. Redakcja i korekta Czarnych książek nie kosztowała mnie ani złotówki, ALE:

  1. Początkowo Czarna książka miała być bezpłatnym e-bookiem. Potem pojawił się popyt na papier, a kiedy okazało się, że za ten papier grosze, ale jednak otrzymam jako autorka, zapadła decyzja: cały dochód idzie na cele charytatywne. Redaktorka i korektorka miały tego świadomość, przystały na tę opcję.
  2. Redakcją, korektą i, jak dowiesz się z kolejnych części, innymi elementami procesu „od tekstu do książki” zajmowali się moi znajomi, którzy zgodzili się poświęcić swój czas i umiejętności, ponieważ wierzą, że moimi publikacjami przecieram szlaki dla sports fiction w Polsce.
  3. Tym niemniej wszyscy zaangażowani znajomi to osoby, które albo zawodowo zajmują się daną działalnością, albo mają ku niej kompetencje.
  4. Może nie mogę zapłacić w pieniądzach, ale płacę w przysługach. Mam dość szeroką paletę umiejętności, które w normalnym trybie również kosztują. Wraz ze sporą grupą znajomych osób wymieniamy się naszymi zdolnościami na zasadzie barteru – ktoś komuś coś zredaguje, ktoś komuś przetłumaczy, ktoś komuś oceni tekst, i tak dalej.

Może Ty też zdecydujesz się poprosić o pomoc znajomych i jeszcze przekazać dochód na potrzebujących. Ale nawet jeżeli to zrobisz, pamiętaj o kolejnej ważnej kwestii.

Nikt nie ma obowiązku Ci pomagać.

Brutalne, wiem, ale im szybciej to sobie wprost powiemy, tym więcej będziesz mieć czasu na oswojenie się z tą bolesną myślą. Nawet najlepsza przyjaciółka, nawet druga połówka, nawet rodzice nie mają obowiązku pomagać Ci w realizacji planu. O znajomych albo w ogóle obcych ludziach nie wspominając. Więc nawet jeżeli pieniądze z Twojej książki trafią na najszczytniejszy ze szczytnych celów, nie daje Ci to podstawy do żądania od kogokolwiek, by wykonał swoją część pracy za darmo lub choćby po okazyjnej cenie. Możesz poprosić. Możesz zasugerować, że dochód zostanie przekazany na cele charytatywne, więc marzysz, by tego dochodu netto było jak najwięcej i w związku z tym czy jest możliwe spuszczenie z ceny… Ale licz się z tym, że druga strona na to nie przystanie, nie nalegaj i brońcie bogowie nie stosuj szantażu emocjonalnego. Co więcej, w dobrym tonie jest upewnienie się, że ktoś w ogóle ma czas i chęci na współpracę przy Twoim projekcie.

A teraz skoro już powiedziałam Ci te nieprzyjemne rzeczy, przejdźmy do meritum – skąd w ogóle wziąć redaktora i korektora?

Żyjemy w dobie Internetu, więc najprościej zacząć od Facebookowych grup (na przykład „Redaktorzy, korektorzy – łączcie się”) i portali typu Wirtualny Wydawca czy Rynek Książki. Jeżeli masz znajomych, którzy zajmują się redakcją tekstów lub betaczytaniem, mogą się nadać na redaktorów. Jeżeli masz takich, którzy w towarzystwie uchodzą za „gramatycznych nazistów”, istnieje pewna szansa, że będą dobrymi korektorami. Jak to sprawdzić?

Dobry redaktor powinien:

– być bardzo wnikliwym czytelnikiem;

– zadawać dużo pytań;

– upewniać się, co miałeś na myśli, kreując daną postać czy przedstawiając dane wydarzenie;

– czuć melodię języka;

– dysponować rozległą wiedzą w najróżniejszych dziedzinach, a najlepiej również w tych, o których piszesz (czasem, jak podpowiadają betaczytacze mojego cyklu, wystarczy, że jest mistrzem googlowania i znajdzie każdą informację – ale wtedy musi wiedzieć, gdzie szukać);

– dysponować jeszcze rozleglejszą wiedzą w dziedzinie struktury tekstu kultury, zarówno z punktu widzenia teorii literatury, jak i storytellingu. Jeżeli Twój potencjalny redaktor wie, co ma wspólnego Bohater o tysiącu twarzy z hollywoodzkimi filmami, przeczytał parę podręczników pisania, a w strukturze tekstu literackiego umie wskazać więcej miejsc niż zawiązanie akcji, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i rozwiązanie akcji, jest naprawdę dobrze.

Dobry korektor powinien:

– perfekcyjnie posługiwać się językiem polskim;

– być wnikliwy i skrupulatny;

– znać specyfikę języka literackiego (chociażby to, gdzie użycie potocznego wyrażenia jest wskazane, a gdzie należy je rugować);

– znać nie tylko reguły, ale także praktykę językową, czyli osławiony uzus;

– umieć w razie wątpliwości konkretnie podeprzeć swoje stanowisko właśnie uzusem lub wiedzą słownikową.

Jeżeli znasz ludzi, którzy spełniają powyższe warunki i nie są profesjonalnymi redaktorami lub korektorami, możesz im zaproponować współpracę. Miej jednak świadomość, że wtedy jeszcze bardziej niż w przypadku kontaktu z profesjonalistą nie możesz polegać wyłącznie na ich osądzie i wypada, żebyś sam też się w powyższych kwestiach dokształcił. Zresztą, takie dokształcenie w żadnym wypadku nie zaszkodzi.

Jeśli chodzi o moją historię, to od lat współpracuję przede wszystkim z jedną redaktorką, Olgą, której ufam i która momentami lepiej niż ja orientuje się w meandrach Żużlowersum. Przy długodystansowych projektach taka stała współpraca to bardzo dobre wyjście. Natomiast korekty robi mi Zuzanna, moja współautorka – i chociaż nie jest profesjonalistką, ma wszystkie cechy dobrego korektora. W procesie tworzenia różnych innych publikacji uczestniczyłam jako redaktorka, korektorka, redaktorka merytoryczna i uważam, że wyciągnęłam z tych doświadczeń sporo bezcennej wiedzy na temat funkcjonowania tercetu autorsko-redaktorsko-korektorskiego. Co jeszcze powinieneś wiedzieć?

Na przykład to, że ilu ludzi, tyle przyzwyczajeń i sposobów pracy. Ja sama, kiedy redaguję albo robię korektę, lubię w komentarzach rzucać dowcipami, niekiedy ciętymi. Wszystko w porządku, póki współpracuję z ludźmi, których znam, i którzy wiedzą, że mam taki sposób bycia i śmieję się z tekstu, nie z nich. Ostatnio jednak usłyszałam, że bywam w tych komentarzach niemiła. I bardzo dobrze, że usłyszałam, bo dzięki temu od razu wyjaśniliśmy sobie z tłumaczem (w tym wypadku nie autorem) sytuację, oboje spuściliśmy z tonu i atmosfera się oczyściła. Wniosek z tego taki, że ani autor, ani redaktor, ani korektor nie mają monopolu na prawdę i właściwe zachowanie. Jeżeli uważasz, że Twój redaktor bywa niemiły, naśmiewa się z tekstu i z Ciebie albo czasem jest tak ostry, że nie otwierasz pliku z redakcją bez znieczulenia się walerianą, porozmawiaj z nim o tym. Na pewno znajdziecie kompromis. To samo dotyczy korektorów – komunikacja to podstawa, serio.

Na dzisiaj tyle, i tak Cię pewnie wymęczyłam taką ilością tekstu. W następnym odcinku ciąg dalszy bojów z przerabianiem tekstu na książkę – tym razem parę słów o okładce, ilustracjach i składzie.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *