Czarna Książka, Historie prawdziwe

A mnie się wydaje (4): Od powieści do książki

Czas na ciąg dalszy cyklu o tym, jak wydać książkę tak, żeby nie żałować wydanych pieniędzy i żeby był z tej książki jakiś pożytek. Po poprzednich odcinkach wiesz już, kiedy inwestować w selfpublishing, na co się przygotować i jak znaleźć redaktora oraz korektora, którzy z tekstu wyjściowego zrobią coś, czego nie musisz się wstydzić przed światem. Ale książka to nie tylko tekst – równie ważne jest „opakowanie”.

Mówią, że nie należy oceniać książki po okładce. Mówić sobie można, tylko że okładka to to, co czytelnik zobaczy jako pierwsze, więc najzwyczajniej w świecie musi wyglądać tak, by wzrok przyciągnąć. Nawet jeżeli jesteś zwolennikiem ascetycznej oprawy graficznej i najchętniej wszystkie książki opakowałbyś w szary papier, powinieneś brać pod uwagę odczucia swojej grupy docelowej.

A co to oznacza w praktyce? Od razu zawiadamiam: nie powiem Ci, czego unikać, a co przygarnąć na okładkę, żeby było dobrze – to zależy od tego, jaki efekt chcesz osiągnąć.

Przede wszystkim, okładka powinna dawać jakieś pojęcie o tym, czego się po dziele spodziewać. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kupi książki dla dzieci, której okładka jest utrzymana w szarościach i przedstawia miasto rodem z horroru. Thriller z tęczową oprawą graficzną to też dość ryzykowny pomysł. Jeżeli natomiast okładka ma przedstawiać bohatera lub bohaterów tekstu, warto by było, żeby ich wyobrażenie współgrało z opisem. Wiem, że młoda dziewczyna o figurze zgodnej z kanonami piękna rodem z show biznesu i rozwianym blond włosie przyciąga spojrzenie wielu, ale jeśli główna bohaterka Twojego tekstu jest przysadzistą brunetką po czterdziestce, czytelnik po lekturze tekstu może się czuć oszukany. Lepiej w takim przypadku pomyśleć o innej grafice.

Po drugie, najlepiej, by okładka wpisywała się w jakieś obowiązujące trendy. Idź do księgarni, obejrzyj okładki książek bliskich tematycznie Twojemu utworowi, poszukaj elementów wspólnych. Przejrzyj fora internetowe w poszukiwaniu inspiracji. Jeżeli masz pomysł, skonsultuj go z osobami, które czytają dany gatunek. Obowiązujące kanony można łamać, oczywiście, ale żeby to zrobić, trzeba najpierw coś o nich wiedzieć. W dobie internetu łatwo znaleźć zestawienia najładniejszych okładek i przeanalizować, co je łączy, a co odróżnia od innych opraw graficznych – warto i na to poświęcić trochę czasu.

Co dalej? Jeżeli należysz do tej mniejszości, która umie i pisać, i tworzyć ładną grafikę, gratuluję. Masz przed sobą o wiele łatwiejszą drogę: rozważyć, jaki efekt chcesz uzyskać, zaprojektować okładkę i wykonać ją dowolną techniką. Też bym tak chciała.

Warto jednak przy tym zaznaczyć, że podobnie jak trzeźwa ocena twórczości pisanej, przyda Ci się i trzeźwa ocena własnego talentu artystycznego. To, że Tobie się podoba to, co tworzysz, nie znaczy jeszcze, że masz wystarczające skille, żeby zrobić sobie okładkę. Wiem coś o tym. Bardzo lubię moje bazgroły, jak na mnie są udane, ale nie chciałabym narażać na ich widok moich potencjalnych czytelników. Jeżeli nie masz pewności co do umiejętności własnych, wiesz, że nie zrobisz nic, czego byś się potem nie wstydził albo po prostu nie czujesz się dobrze w robieniu grafiki, będziesz potrzebować profesjonalisty.

Profesjonalistę można znaleźć na DeviantArcie, na rozmaitych grupach na portalach społecznościowych, nawet na Pintereście. A może akurat znasz kogoś, kto umie ładnie rysować w odpowiadającym Twoim oczekiwaniom stylu – możesz go poprosić o pomoc. Oczywiście, grafika też kosztuje, a rozpiętość cenowa jest szeroka, w zależności od Twoich oczekiwań i klasy artysty. Najczęściej spotykałam się z trzycyfrowymi kwotami, ale nie zagwarantuję, że nie wyjdzie drożej.

Sama współpraca w moim przypadku wyglądała tak, że jasno precyzowałam, co chcę mieć na okładce i w jakim stylu, robiłam szkic koncepcyjny (zazwyczaj z fragmentów zdjęć), a potem na bieżąco akceptowałam kolejne etapy pracy mojej graficzki, Roksany. Różni artyści i różni autorzy mają jednak różne style pracy. Jeżeli wiesz mniej więcej, co chcesz mieć na okładce, a resztę zostawiasz twórcy – to też dobrze. Ważne, żeby obie strony były zadowolone z obranej drogi.

Czy to wszystko razem gwarantuje udaną okładkę? Niestety nie. Myślałam, że jeśli doskonale wiem, czego chcę, współpracuję z utalentowaną graficzką i nawet orientuję się, co moja grupa docelowa chciałaby zobaczyć na okładce, nic nie może pójść źle. A potem wyszła z tego okładka „Czarnej książki. Antologii opowiadań żużlowych”. Nie zrozumcie mnie źle – mnie się ta okładka podobała i nadal podoba. Dla mnie Roksana wykonała wspaniałą robotę. Ale szybko okazało się, że moje zamiłowanie do jaskrawych kolorów i wyraźnych linii nie wytrzymuje starcia z opinią większości odbiorców. Nie dość, że sama sobie utrudniłam zadanie, to jeszcze przeze mnie krytyka dotknęła Roksanę, która po prostu realizowała to, o co ją poprosiłam. Jaka z tego nauka? Ano taka, że zadowolenie autora to za mało – na pewnym etapie pracę warto sprawdzić na grupce odbiorców docelowych lub innych osób, które znasz i których osądowi ufasz.

Tak też powstała okładka drugiej „Czarnej” – wzięłyśmy pod uwagę wszystkie opinie krytyczne i postarałyśmy się pogodzić wizję artystyczną z oczekiwaniami potencjalnej publiczności. Wyszło coś, z czego jesteśmy dumne, co przyciąga wzrok i co zbiera przede wszystkim pozytywne opinie. Co nie znaczy, że okładka będzie się podobać wszystkim, w końcu ilu ludzi, tyle ocen. Najważniejsze, że większość ocenia ją pozytywnie.

Ale sama grafika to mało na okładkę – przydadzą się jeszcze ładne literki. Tu będziesz potrzebować kogoś, kto się zna na takim typie grafiki, umie dobrać krój liter na okładce do charakteru książki i nie sprawić, że czytelnik będzie się krzywić. Jeżeli Twój grafik się na tym zna – to znakomicie! Jeżeli nie – rozważ zatrudnienie osobnego specjalisty od literek. Jego pomoc na pewno Ci się przyda. W moim przypadku właściwy człowiek, Jeremiasz, sam się znalazł, przygotował kilka projektów i pomógł mi wybrać taki, z którym książka będzie się najgodniej prezentować.

Będziesz potrzebować też blurba na tył okładki i paru innych reklamowych detali, ale o tym już w następnej części, kiedy zajmiemy się tekstowym odcinkiem robienia z powieści książki. Również w kolejnym odcinku: skład, czyli dużo brzydkich technikaliów.

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *