Historie prawdziwe

Babskim Okiem Plus (1): This is regulamin, bejbe

Im dalej w las, tym więcej drzew. Im więcej części Babskiego Oka na PoKredzie, tym więcej chce mi się pisać. Z tekstu na tekst czuję coraz większą potrzebę podzielenia się ze światem moimi komentarzami na marginesie własnych felietonów. Dopowiedzeniami, które nie mieszczą się w nawiasach albo są zbyt osobiste, zbyt pokręcone i ogólnie zbyt, żeby męczyć nimi przeciętnego odbiorcę. Z pragnienia pokazania światu tych komentarzy zrodziło się Babskim Okiem Plus – dodatek do felietonu w postaci serii myśli, które rodziły się podczas pisania albo które ostatecznie wyleciały z tekstu głównego, coby ów nie miał dziesięciu stron. No bo kto by to czytał?
Mam nadzieję, że ta forma będzie i strawna, i ciekawa. I oczywiście czekam na wasze myśli w temacie czy obok tematu.
Zatem gwoli ścisłości: niniejszy tekst jest swego rodzaju suplementem do najnowszego felietonu z cyklu Babskim Okiem. Felieton, jak zwykle, dostępny na PoKredzie.pl.

*

Czy po felietonie widać, że mnie się Speedway of Nations podoba? Jeżeli tak, to bardzo dobrze. Abstrahując od regulaminu, który jest bublem pisanym na kolanie, po pijaku, przez studenta pierwszego roku prawa, to naprawdę fajna impreza. Nie miałabym nic przeciwko, żeby odbywała się naprzemiennie z DPŚ, co drugi rok. Bo DPŚ mi szkoda, to fajne zawody – no i od nich zaczęło się moje żużlowanie, więc mam sentyment.
Nie obraziłabym się również, gdyby najbliższy SoN pojechał do kraju nowokreowanych mistrzów tej imprezy. Mogę im tłumaczyć regulaminy!

***

Z najnowszego felietonu na bank przebija jeszcze jedno: moja ogromna sympatia wobec rosyjskich żużlowców, sympatia wychodząca daleko poza ramy „cieszę się, że wygrał ktoś spoza grupy trzymającej medale”. Ale dla stałych czytelnikow Babskiego to nic niezwykłego, a jak już ktoś mnie zna albo, nie dajcie bogowie, widział moje fotki z lansowaniem się na dwa szaliki, sprawa staje się zupełnie jasna.
Tylko rozumiecie, to nie jest tak, że uwielbiam rosyjski żużel, ponieważ jestem rusycystką. Właściwie jest dokładnie odwrotnie. Poszłam na filologię z przypadku, zainspirowana fascynacją russkim spidwiejem. I tak to się kręci już siódmy rok, rusycystyka, nie russkij spidwiej, on się kręci dłużej.

***

Więc wyobraźcie sobie sytuację analogiczną: zawsze czuliście sympatię do Kolejarza Rawicz. Taki biedny klubik, bo pół Polski się z niego śmieje, że amatorka, że brak kasy, nie wiadomo co. A tu się Rawicz zawziął, ściągnął armaty, po sezonie bach! – idzie do pierwszej ligi. Mija sezon lub dwa – bach! Rawicz w Ekstralidze. I tak w końcu niepostrzeżenie po jedenastu latach Kolejarz Rawicz zostaje mistrzem Polski. Gdzie byście nie mieszkali, komu byście nie kibicowali – nie poplakalibyście się z tej nieoczekiwanej radości, że stawialiście na słabaka, bo to słabak, a on IM WSZYSTKIM pokazał?
Otóż właśnie. Pierwszy raz dopingowałam Rosję na barażu DPŚ 2007, a russkij spidwiej cieszył mnie już w 2006, kiedy w Rybniku jeździło aż trzech Rosjan. O Sajfutdinowie to się podówczas – w onym roku 2006 – coś tam słyszało, ale raczej o Denisie. A Grigorijs Łaguta był Łotyszem. Takie mieliśmy szalone czasy.

***

Mój sportowy patriotyzm ma dobre chęci, ale przy tym masę pecha. Mnie nie kręci kibicowanie komuś, do kogo i tak jest długa kolejka. Albo znajdę sobie jakieś żużlowe dzieci i będę im wieszczyć wielką karierę, albo przyczepię się do kogoś, kto jest, jak u Wazowa, „niemiły i niekochany”. A mój pierwszy DPŚ przypadł na rok 2005, kiedy Polacy odnieśli pierwszy ze swoich potężnych sukcesów. Biorąc pod uwagę skalę ówczesnego triumfu Biało-Czerwonych – nic dziwnego, że mój mózg uznał, że nic tu po mnie, głupio kibicować komuś, kto i bez mojego kibicowania sobie tak radzi. Wezmę kogoś skrzywdzonego przez los.
Wzięłam Danię. Całkiem nieźli zawodnicy – a Nicki Pedersen to mój idol do dziś, nie udawajcie, że nie wiecie – ale jakoś im w DPŚ nie szło. A tu proszę – już w następnym sezonie zostali mistrzami. Przeto w roku 2007 poszłam wspierać Rosjan, żeby się aż tak nie utożsamiać z kimś, kto już wygrał.
Teraz mam na oku Francuzów. A jak Sajfutdinow, Łaguta i Czugunow pokażą się na rosyjskim Pierwszym Kanale w towarzystwie Putina, to już w ogóle uznam, że trud mój skończon, nie mam tu nic do roboty, idę kochać innych autsajderów. Może nawet jakieś studia zrobię na tę okazję.

***

Ostatnie słowo w temacie: podczas dyskusji z przedstawicielami bratniego narodu założyłam się, że jak Rosjanie wygrają SoN, to się farbuję na rózowo. A że na forum bratniego narodu mam pseudonim Ważka, to teraz jestem Różową Ważką. Dostałam nawet na tę okoliczność stosowną grafikę (patrzcie i podziwiajcie).

podpis głosi: „Dzień Różowej Ważki”

***

Z uwagi na nikłe zainteresowanie oglądaniem finału Speedway of Nations ze stadionu, włodarze Sparty przyoszczędzili na konferansjerce. Nie zdziwiłabym się, gdyby po angielsku mówiła do ludu Ivona Google-Translate. Zgromadzeni mogli usłyszeć takie perły jak: „cast of the heat”, „he drove four laps”, „one before last heat” i inne. Trochę szkoda, że pośród tego kwiecia nie pojawiło się pomylenie „pair” z „couple”, przynajmniej byłoby zabawnie.
Anglojęzyczni w ogóle mieli pod górkę. Nie dość, że nikt nie spikerował prawdziwym angielskim, to jeszcze przed barażem pola wybierali dwaj menedżerowie, którzy się z angielszczyzną średnio lubią. Ale dali radę!

***

Kiedy pisałam o tym, że Tai pokazywał Lambertowi „jak jechać”, uświadomiłam sobie, że zaczynam się śmiać na widok zbitki tych dwóch słów. Ponieważ zaś w felietonie nie było WYJĄTKOWO Nickiego Pedersena, obowiązkowy jeden Pedersen na dwa tygodnie będzie tutaj:
otóz „jak jechać” kojarzy mi się z anegdotką z czasów, kiedy Nicki jeździł w Rzeszowie, Rzeszów był w Ekstralidze, ba, była tam również Polonia Bydgoszcz… Ponoć podczas podróży na mecz do Bydgoszczy Nicki wykazał się znajomością całkiem niezłej polszczyzny, pytając w chwili zgubienia – „Stadion Polonii Bydgoszcz, jak jechać?”.
Też to usłyszeliście wypowiedziane jego głosem? A to przepraszam. To niechcący.

***

Od roku czytam biografię Nickiego – z przerwami, daje mi za dużo skojarzeń – więc spodziewajcie się więcej anegdotek w „kolumnie Pedersena”.

***

Nickiego na Żużlach Narodów nie było, bo już od jakiegoś czasu – odkąd Hans Nielsen został menedżerem – nie po drodze mu z kadrą. Leona Madsena nie było natomiast w półfinale, ponieważ nie pasował do geometrii toru w Teterow. W finale nie było go zapewne dlatego, że zwycięskiego składu się nie zmienia.
Cóż, lepiej tak niż jakby jego twarz nie pasowała do reprezentacji, jak to się miało z Sullivanem swego czasu.
Swoją drogą – też macie wrażenie, że Nielsen to taki duński koń trojański? Może on po prostu pilnuje, żeby dzisiejsi reprezentanci nawet przypadkiem nie przebili jego sukcesów?
#spiskoweteoriedziejów

 

***

Miało nie być o Rosjanach, ale Rafał Karczmarz strollował system – ostatnio zaczął mówić z prześlicznym wschodnim akcentem. Kiedy akurat jest z nim wywiad, a ja na ekran telewizora nie patrzę, zawsze daję się zmylić, że to ktoś z bratniego narodu. Może on też chce być mistrzem… czegoś?

***

W niedzielę doszło do wydarzenia epokowego. Matej Zagar sam poprosił o wywiad na antenie. Współczuję Łukaszowi Benzowi – pewnie bał się, ile słów powszechnie uznawanych za obraźliwe zaraz pójdzie w Polskę.
Słowa nie poszły, ale Zagar tak się zirytował, że Adrian Miedziński, który akurat stał obok i ładnie wyglądał, musiał tłumaczyć z zagarszczyzny na nasze. I szkoda, że tłumaczył. Przecież: „Zagarom nie wolno stawać w tej koleinie, a reszcie można” to jest perła kolejki. Zastanawiam się, czy nie powinien dostać złotych ust, choć konkurencję ma godną. „This is regulamin” też sroce spod ogona nie wypadło.

***

A propos. Wiecie, dlaczego Zagaru nie wolno w koleinu?
No bo this is regulamin.
<w tym momencie słychać dźwięk pękającej wyschniętej gałęzi>

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *