Historie prawdziwe, Wokół sportu

Babskim Okiem Plus (2): Speedway Unplugged / Kochaj, nienawidź, gwiżdż

Witamy w drugiej odsłonie Babskiego Oka Plus. Właściwie to trzeciej, ale właściwa druga się zgubiła, więc dokleiłam jej fragmenty, żeby im smutno nie było, że takie niewykorzystane.

Akt I: Speedway Unplugged, czyli to, co miało być na blogu już dawno, ale jakoś nie dotarło

Felieton o żużlu i piłce napisałam, zanim Polacy wygrali z Japonią na tym nieszczęsnym mundialu, ale to w sumie nie zmienia mojej opinii. Gra bez polotu, bez fantazji, wymęczone 1:0 i to takie, w którym ostatni kwadrans był bezładną bieganiną dwóch frakcji: „byleby nam nie strzelili” (Polacy) oraz „bylebyśmy nie dostali żółtej kartki” (Japończycy).  W sumie przedstawiciele kraju Kwitnącej Wiśni oraz Tsubasy też bardzo się starali, żeby nikt im nie strzelił. Słabe widowisko. Ja jednak zostanę przy żużlu.

***

Dobrze, jeszcze nie teraz. Jak z naczelnym ustaliliśmy: memy o walecznych żużlowcach i piłkarzach-płaczkach są słabe, bo żużlowcy też czasem jadą jak Niedźwiedź. Wszelako przy postawie Polski w meczu z Kolumbią to nawet trzecia liga australijska byłaby walką na śmierć i życie. Ot, taki mamy klimat.

***

Pozostając jednak przy sportach innych, pragnę się z wami podzielić refleksją. Obejrzałam ostatnio… co tam obejrzałam, pochłonęłam… serial o rosyjskiej młodzieżowej drużynie hokejowej. Chłopcy z prowincjonalnego miasta uczą się obsługi krążka, przy okazji mają jakieś tam życie osobiste, a jeszcze bardziej przy okazji widz dowiaduje się, jak działa hokej. Serial ma pięć sezonów, 216, bagatela, odcinków! Niemal godzinnych. Tylko to przeszkadza w obejrzeniu na jedno posiedzenie. Bardzo bym chciała, żeby jakaś polska telewizja zrobiła taki serial o prowincjonalnym klubie żużlowym. Mogę napisać scenariusz!

***

My się martwimy, że czarny sport nikogo nie obchodzi, a w Rosji on realnie nie obchodzi tych, których powinien. A kto jest obecnie drużynowym/parowym mistrzem Czegokolwiek na żużlu? No właśnie. Pomóżmy Rosjanom. Pomóżmy innym nacjom. Zróbmy dla żużla klimat.

Bo wiecie, bycie potęgą w danej dyscyplinie nie polega tylko na tym, że nasi zwożą z tej dyscypliny medale tonami i potem nie wiadomo, co z tym żelastwem robić i gdzie je składować. To także poczucie odpowiedzialności za dyscyplinę – i bardzo bym chciała, żeby dla dobra całego żużla odejść od tej krótkowzrocznej polityki tego sezonu, wyników zaraz-natychmiast, a przysiąść nad biznesplanem dla całego żużla. Pod flagą biało-czerwoną. Bo możemy. Bo tylko my możemy. My będziemy mieć dumę z tego, że od nas się zaczęło, a światowy żużel – realny pożytek.

Ja już napisałam do ichniego Ministerstwa Sportu i zrobiłam to, zanim to było modne (to znaczy, zanim się rozeszło, że Emil Sajfutdinow napisał). Nawet odpisać zdążyli i chyba przeczytali, i to ze zrozumieniem. Może ktoś jeszcze napisze?

***

Jako faworyt do zwycięstwa w pierwszej rundzie SEC najczęściej był wymieniany niejaki Gromosław Burza, pseudonim Ulewa (pozdrowienia dla tych, co czytali drugą Czarną Książkę). Wszelako poległ pod naporem Jarka Hampela. Aż przypomniał mi się transparent z odległej historii, znaczy się którejś z rund Grand Prix w Lesznie: „Świńska grypa ni cholera nie zatrzyma dziś Hampela”. Jeżeli przekręciłam dokładne brzmienie, przepraszam, cytuję z pamięci. Świńska grypa nie dała rady, pogoda nie dała rady, rywale też wymiękli… Panie Hampel, weź pan nie jeźdź w tym Grand Prix, na zdrowie ci wychodzi.

A propos Hampela – na jednym z tych dużych portali newsowych przeczytałam ostatnio nagłówek „Hampel: To nie była żona, to silniki” i zwizualizowałam sobie Hampela, który pomylił żonę z silnikiem. Ten upał na przemian z deszczem jednak szkodzi.

***

Ponieważ nagłośnienie wysiadło na SEC, wysiadła też kabina komentatorska, w związku z czym naoczni (a właściwie nauszni) przedtelewizorowi świadkowie twierdzą, jakoby spora część turnieju była rozgrywana z anglojęzycznym komentarzem. Komentarz sam w sobie nie był ponoć szczególnie inwazyjny, jednak Brytyjczycy, jak to Brytyjczycy, mieli problem z nazwiskami. Nie wiem, czy znowu jechał Waklaw Milicz , ale na pewno jechał Robert Czmiel vel Trzmiel. Z tej nowatorskiej wymowy wynikła później na rosyjskim forum dyskusja na temat: to jak się właściwie ten rybnicki junior nazywa. W dyskusji brakowało jedynie fotografii trzmieli nocną porą. Przy okazji zgromadzeni dowiedzieli się, że trzmiel to nie oficjalny gatunek owada pszczołopodobnego, lecz zwyczajowa nazwa takiej grubej pszczoły. Bo niektórzy nie wiedzieli.

Widzicie, jak żużel edukuje?

***

Gleb Czugunow w mediach społecznościowych wystosował apel – jak mniemam: do dziennikarzy – aby nie zmieniać mu wieku. Nie ma lat dziewiętnastu, dwudziestu ani siedemnastu, tylko osiemnaście. Nawet datę urodzin załączył. Myślę, że bez aktu urodzenia jednak sporo osób nie załapie. A sama na wszelki wypadek sprawdziłam, czy nie popełniłam faux pas w felietonie. Bo wiecie, ta młodzież teraz to tak szybko dorasta…

***

Mówi się, że gdy tylko otworzę program zawodów żużlowych, jego twórcy drżą. Ponieważ mam takie szczęście, że zazwyczaj otwieram te programy na błędach. W Warszawie odkryłam, że według autorów programu Bydgoszcz leży w Rosji, ongi na SEC-u w oczy rzucił mi się „bieg dotykowy” (serio! Mam skany!). Otwieram ci ja program w na SEC-u Gnieźnie i pierwsze, co widzę: „Artem Laguta”. W polskim tekście.
To jeszcze raz. Po polsku to jest Artiom Łaguta. Albo Artem Łaguta, jeśli czuje się Ukraińcem, ale chyba się nie czuje. Wszelkie inne warianty proszę zachować dla języka angielskiego. Ciekawa jestem, czy ta batalia o poprawną pisownię (i wymowę) potrwa dłużej niż uczenie żużlowej rodziny, że „Sajfutdinov” to jest jakaś koszmarna hybryda transkrypcyjna.

 

Akt II: Kochaj, nienawidź, gwiżdż

Po napisaniu felietonu przypomniałam sobie, że zapomniałam o tradycyjnym argumentum ad Pedersenum, a tutaj akurat byłoby to całkiem w temacie. Otóż pierwszy mój poważny felieton powstał po słynnej Eskilstunie 2007, kiedy to Nicki wysadził z siodła Wiesława Jagusia. Nickiego pociągnęło, nie pomyślał, sam sobie był winien, ale w tym faulu nie było nic bandyckiego, a niektórzy do dziś się na ten epizod powołują jako na rzekomy argument na bandyctwo Pedersena. Czasem mam wrażenie, że gdybym ten felieton wyciągnęła po jedenastu latach i opublikowała na nowo, to tylko po stylu autorki ktoś mógłby się zorientować, że to odgrzewany kotlet.

*

Ktoś ostatnio podejrzewał, że Pieczatowski i Korościel płacą mi za reklamę, tak często wspominam o nich w kontekście dobrego komentowania. Dementuję. Nic nie płacą. Ja na chleb nie mam. A ich głosów w duecie nie słyszałam od kwietnia, bo jak komentowali ostatnią rundę par, które mało kogo obchodzą, to byłam w pracy, a SEC-a zawsze oglądałam gdzieś w trasie. Więc można uznać, że jadą u mnie na opinii. Zasłużonej, żeby nie było.

*

Jak Mirek Jabłoński powiedział o Pedersenie w Hallstavik, że karma wraca, to ja już wiedziałam, że będą z tego kłopoty. I to nie dla Pedersena. Albowiem karma faktycznie wraca i gryzie w zadnią ćwierć tych, którzy przywołują jej imię nadaremno.

*

Zanim ktokolwiek powie, że bronię Lamberta, bo ja zawsze bronię swoich, wyjaśniam czym prędzej: ja go nawet nie lubię. Chociaż mam wszelkie powody, by go jednak lubić: ma właściwego idola, po parkingu biega jego mama, w wywiadach wypada naprawdę pozytywnie. Ale mózg programowo jakoś jest zmęczony Brytyjczykami. Powiew świeżości by się przydał w tym przesiąkniętym anglosaskimi triumfami cyklu.

*

W tekście pojawił się też Zmarzlik, koło frazy „gorąca głowa”. Zobaczcie, kiedy Zmarzlik wygrał Grand Prix, i to nieomal z kompletem punktów – kiedy atakował z tyłu i mało kto na niego stawiał. Zrobił sobie psychiczny reset, nie miał presji, mógł zaskoczyć tylko pozytywnie, więc zaskoczył. Apel do zatroskanych: nie wierzcie w Zmarzlika. Jeśli go lubicie i życzycie mu medali, to zaklinam was, nie wierzcie w niego!

*

A imprezę pod tytułem Grand Prix Wielkiej Brytanii sponso… sędziował Żabi Król („frosch” to po niemiecku „żaba”, jak tego nie wykorzystać?). Może podjął parę kontrowersyjnych decyzji (i zaprawdę, wykluczenie Maćka Janowskiego, którego bardzo lubię, nie jest jedną z nich), ale przypomnijcie sobie Latosińskiego. Przypomnieliście? No, to szanujcie Froschauera swego, zawsze można spotkać sędziego gorszego.

*

Plotka głosi, że za rok doczekamy się żużlowej Grand Prix w Kazachstanie. Ja to kupuję, pod warunkiem, że nie będzie Horsens. Możecie robić GP nawet w Rawiczu, byleby nie było tego nieszczęsnego Konina.

*

Zastanawiam się od bardzo dawna, a od IMŚJ w Lesznie zastanawiam się jeszcze bardziej, jak dotrzeć do komentatorów, spikerów i całej reszty z informacją, że w nazwisku Filipa Hjelmlanda „h” jest nieme. „D” też jest tam nieme, jak się wsłuchać w szwedzką wymowę, to się okaże, że połowa spółgłosek jest niema, ale wymówione „d” tak nie przeszkadza jak to nieszczęsne „h”. Jestem przekonana, że to wpływ gry Wiedźmin 3, w której piękne nordyckie imię Hjalmar zostało zgwałcone wymową niemego „h”.

Podobnież Nick Škorja wcale nie nazywa się „skordża” ani „skorża”, tylko „szkorja”. Dobrze, że Szymonowi Szlauderbachowi nikt jeszcze krzywdy nie zrobił. A ja niezmiennie czekam na jakiś występ leszczyńskiej pary Szlauderbach-Sajfutdinow, żeby trochę napsuć krwi tym, którzy się boją długich nazwisk. Przepraszam, jestem złym człowiekiem.

 

Akt III: Hasztag loża szyderców poleca się.

Loża Szyderców vel Zdehłe Króki* powstała na spontanie, kiedyśmy z moją lepszą połówką zaczęli udostępniać szerszej publiczności dialogi toczone na żużlu. Czasem dyskutujemy z telewizorem lub ze spikerem na stadionie, czasem ze sobą, czasem komentujemy rzeczywistość.

*Przy czym nazwa Zdehłe Króki (c) pochodzi jeszcze z czasów, gdy szukaliśmy nazwy dla naszej drużyny w jakiejś fantasy lidze speedwaya. A skąd się wzięła – zabijcie, nie pamiętam.

Zatem zapraszam na nieco humoru z SEC-a gnieźnieńskiego:

– Wkrótce prezentacja – zapowiada z murawy Tomasz Dryła. – Ale zanim to nastąpi…
– Lunie deszcz! – dokańcza ponuro Loża Szyderców, patrząc na zasnute chmurami niebo.

*

W naszym sektorze szczególne emocje podczas prezentacji wzbudził – i to nie u nas – Emil Sajfutdinow.
– Co to? – pyta pół Loży. – Sektor Emila?
– Sekta? – nie dosłyszało drugie pół. W tym pytaniu wybrzmiała nuta irracjonalnej nadziei nie wiadomo na co.

*

Po prezentacji zapada cisza. Dość niezręczna.
– Na co czekamy? – pyta ktoś w sektorze. – Na oklaski?
– Pół godziny później… – szydzi loża szyderców.
– Na telewizję czekamy.
– Na Eurosporcie muszą się skończyć zawody ligi kirgiskiej w rzucie oszczepem przez przeszkody – uzupełnia Loża Szyderców.

*

Oraz z Grand Prix w Hallstavik(u):

– Nicki i Greg mają razem 89 lat – informuje komentator.
– A 89 to numer Emila, co nie ma związku ze sprawą – dopowiada Loża w ramach wiedzy kompletnie bezużytecznej. Żadnemu z wymienionych zawodników fakt ten w zawodach nie dopomógł.

*

– …w Sztokholmu… – przejęzycza się komentator i zaraz się poprawia, ale Loża zdążyła podchwycić i radośnie przypomina sobie słowa pewnego Słoweńca:
– W Sztokholmu Zagaru wolno w koleinu!
Bo w końcu Zagar wygrał w Sztokholmie w ubiegłym sezonie.

*

– Czy Lindgren ma pomysł, jak wygrać z Rosjanami? – zastanawiają się komentatorzy, widząc, że Szwed ma w jednym biegu Emila Sajfutdinowa i Artioma Łagutę. To pół Loży, które zrobiło dyplom z rusycystyki, błyska znajomością historii:
– Już od czasów Piotra I Szwedzi takiego pomysłu nie mają.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *