Opowiadania

I nie odpuszczę ci aż do śmierci [część II]

„Gdy uderzył plecami o tor, w pierwszej chwili poczuł, co oczywiste, ból. W drugiej – złość na bezmyślność rywala. W trzeciej pojawiło się też dziwne uczucie. To już przecież było. Już raz tak upadli, w tym samym składzie.”

Pokaże Ruskowi, kto jest królem na torze w Edynburgu. Załatwi na cacy tego przereklamowanego dzieciaka, o którym nikt by nie mówił, gdyby nie starania Parkera. Z tą myślą wyjechał na swój domowy tor, wykonał próbny start i gładko zameldował się na linii start-meta. Nie było taśmy, bo nie miał jej kto założyć, ale Darren potrafił startować i bez taśmy. Tego całego Artioma obserwował tylko przez chwilę, ale to wystarczyło, by stwierdzić, że Rusek jeździ po edynburskim owalu dobrze – lecz nie perfekcyjnie. Nawet gdyby dzieciak zaliczył falstart, dogoni go na trasie.

Samozwańczym sędzią został Murdoch, który najwyraźniej zauważył, co się święci, i tuż za plecami Darrena wybiegł na murawę. Niegdyś wysportowany, o umięśnionej sylwetce, dziś dawny mistrz był jowialną kulą tłuszczu i toczył się zamiast biegać, przez co dotarcie na środek stadionu zajęło mu dłuższą chwilę. W tym czasie w pasie bezpieczeństwa pojawiła się Mama, a obok niej stanął Parker, jak zwykle z kamienną twarzą. Kiedy zaczynał się pasjonować żużlem, Darren namiętnie oglądał stare turnieje i na każdym z nich kamery pokazywały rozemocjonowanego Samuela Williamsa oraz asystującego mu wiecznie nieludzko opanowanego Jeffreya Parkera. Obecność dwóch Szkotów była wydarzeniem nawet wtedy, gdy Samowi w turniejach kompletnie nie szło.

Darren szybko odwrócił wzrok od Parkera, lecz było już za późno. Przez umysł przemknęło szczenięce wspomnienie z czasów, gdy był żużlowym neofitą i jak wszyscy neofici sam sobie wydawał się ekspertem. Powtarzał wtedy za telewizyjnymi ekspertami – choć sądził, że sam na to wpadł – iż Williams ma co najwyżej przeciętny talent, a jego dwa mistrzowskie tytuły to wyłączna zasługa zespołu mechaników na czele z Jeffreyem Parkerem. Darren marzył w pewnym momencie, że Parker któregoś dnia pojawi się w Kopenhadze i zagadnie właściciela klubu: „Macie u siebie takiego młodego Brytola, Morgana, zdaje się. Podoba mi się, jak jeździ. On już ma menedżera?”.

A teraz musiał się mierzyć z podopiecznym tego człowieka. Może gdyby pokonał Ruska, Parker zainteresowałby się nim jako kandydatem na nowego wychowanka? Może jak Rusek zrobi w finale IMŚJ dwa punkty, Parker poszuka nowego materiału na gwiazdę? Talent Darrena i szkockie silniki z piekła rodem rzuciłyby wspólnie świat na kolana.

Otrząsnął się w momencie, gdy Artiom podjechał obok, pod wyimaginowaną taśmę. Na moment ich spojrzenia w końcu się spotkały. I jeżeli może istnieć miłość od pierwszego wejrzenia, to musiało też istnieć TO. Nie nienawiść, bo przecież jeszcze nie mieli powodu, by darzyć się nienawiścią. Nie wrogość, bo przecież byli z różnych światów – ten Rusek, o którym Darren słyszał, że to wcielenie uprzejmości, i on, niegrzeczny, szalony chłopak z walijskiej wioski, przyszłość żużla w Wielkiej Brytanii. Artiom walczył tylko o siebie, a Darren w tym momencie czuł na sobie odpowiedzialność za speedway w swoim kraju, był REPREZENTANTEM, miał przy sobie duchy zmarłych brytyjskich mistrzów i tego jednego żywego, Stephena Murdocha z chorągiewką, przechadzającego się przed jego oczami. Nie, byli z Artiomem zbyt różni, by mogła ich połączyć wrogość.

To musiała być rywalizacja od pierwszego wejrzenia. Jedno spojrzenie wystarczyło, by Darrenowi przyszły do głowy irracjonalne w tej sytuacji słowa: „I nie odpuszczę ci aż do śmierci”.

Już w tamtej chwili coś kazało mu przypuszczać, że to ich pierwsze starcie nie będzie ostatnim. I tuż przed tym, jak Murdoch machnął chorągiewką, Darren pomyślał coś jeszcze: że może nie docenił Artioma. Może to niepozorne chucherko nie na darmo ma opinię największego talentu żużlowego w Europie Wschodniej.
A potem nie myślał już o niczym. Sprzęgło – gaz – wejście w łuk. Sekwencja gestów, którą powtarzał tysiąc razy. Żużel uczył cierpliwości i cierpliwość się opłaciła, bo Darren po mistrzowsku pokonał pierwszy wiraż – środkiem toru, lekko wynosząc się na zewnętrzną w szczycie łuku. Artiom chciał go objechać, ale przekombinował. Wyniósł się za szeroko, na orbitę, która w Edynburgu nigdy nie jechała. Rusek najwyraźniej nie sprawdzał tej ścieżki podczas treningu. Może w ogóle nie brał jej pod uwagę, póki sytuacja tego nie wymagała.

Darren wykorzystał słabość rywala i wypuścił motocykl do przodu, starając się nabrać szybkości na prostej. Nie patrzył za siebie. Wiedział, że dopóki nie popełni błędu, Artiom nie ma szans go dogonić.
Kolejny łuk pokonał identycznie jak poprzedni. Nawet nad tym nie myślał. Na domowym torze jazda wychodziła sama. I ciało, i motocykl pamiętały, jak się jeździ po edynburskim owalu. Darren pozostawiał skupiony, ale nie nerwowy. Wszystko było pod kontrolą. Nawet lekka nierówność na przeciwległej prostej nie mogła go wytrącić z rytmu jazdy…

Nierówność była naprawdę maleńka, ledwie poczuł szarpnięcie i minimalnie skorygował kierunek jazdy. Ale to jakimś cudem wystarczyło Artiomowi, by zbliżyć się do Darrena. Walijczyk odetchnął głęboko. Rusek miał naprawdę kosmiczny sprzęt – nawet przy najlepszych umiejętnościach nie mógł go złapać ot tak, a przecież i jego umiejętnościom sporo brakowało do pewności Darrena na domowym torze. A Artiom był już tuż za jego plecami. Darren czuł go za sobą.
Pierwszy łuk drugiego okrążenia pojechał inaczej. Zamiast wynosić się na środek toru, zjechał do krawężnika. Chciał oszukać rywala, zachęcić go do szukania prędkości na szerokiej. Artiom nie znał wszystkich ścieżek na tym torze i istniała duża szansa, że przeszarżuje i wytraci prędkość. A gdyby nie – Darren wciąż miał dwa okrążenia, by udowodnić swoją wyższość.
Tylko że Artiom wcale nie wyniósł się na szeroką. Jakby zwietrzył podstęp – bez wahania przykleił się do kredy, wjeżdżając pod delikatnie wypchniętego przez siłę odśrodkową Darrena. I jego ta sama siła wyrzuciła na orbitę, ale nie dał rady opanować motocykla – położył się na Darrenie i Walijczyk już wiedział, że tego wyścigu nie odjadą do końca…

*

Gdy uderzył plecami o tor, w pierwszej chwili poczuł, co oczywiste, ból. W drugiej – złość na bezmyślność rywala. W trzeciej pojawiło się też dziwne uczucie. To już przecież było. Już raz tak upadli, w tym samym składzie. Tylko wtedy nie było hamującego za ich plecami wystraszonego Szweda Jorgensena i wymijającego karambol zgrabnym manewrem Pawła Klamkowskiego z Polski. Wtedy byli sami, za jedynych świadków starcia mając właściciela Monarchów, Parkera oraz Riannę Morgan. Teraz wypełniony po brzegi spragnionymi żużla kibicami stadion huczał. Posypały się oczywiste gwizdy i przekleństwa – w końcu jakiś obcy dzieciak właśnie wkomponował w bandę lokalną gwiazdę. Na dodatek po trzech seriach startów Artiom miał komplet punktów, a Darren w pierwszym swoim starcie zakopał się i nieoczekiwanie przyjechał trzeci. Chciał sobie teraz odbić, licząc, że Artiom zgubi punkty w kolejnym wyścigu, w starciu z piekielnie mocną dwójką Polaków i szybkim tego dnia Kingsworthem. Teraz chciał go po prostu pokonać. Ale Rosjanin dokładnie tak jak na treningu wszedł pod niego, wypchnął na szeroką i położył motocykl, nie dając Darrenowi pola manewru.

Walijczyk pozbierał się szybko. Siniaków praktycznie nie czuł, ból przyćmiła adrenalina. Głowę, jak w każdej takiej sytuacji, wypełniała wściekłość na sprawcę wypadku. Tylko że rywal zniknął – kiedy Darrenowi udało się wstać, motocykla Artioma na torze już nie było. Mechanicy wyprowadzali go do parku maszyn, by poprawić ustawienia, zapewne już na kolejny wyścig. Gdyby kolizja zdarzyła się na pierwszym łuku pierwszego okrążenia, sędzia może darowałby Rosjaninowi i pozwolił odjechać powtórkę w pełnej obsadzie, ale trzecie okrążenie to za późny czas na błędy. Zresztą, jakie błędy? Ewidentny faul i tyle!
Wściekły Darren odgonił swoich mechaników, żeby zajęli się wyciąganiem maszyny spod bandy. Gestem pokazał, że nic mu nie jest, doskoczyli do niego bowiem już Mama i lekarz zawodów, i Stephen Murdoch. Na tor wyszli nawet rywale.

Nie zauważył Artioma. Nie sam. Dopiero kiedy usłyszał nazwisko Rosjanina wymieniane w rozmowie Polaków, z których jeden, Klamkowski, jeździł z Artiomem w jednej drużynie, zorientował się, że rywal nadal leży na torze.

– Wszystko okej? – Gdy schodził do parkingu, podbiegł do niego inny Polak, też Paweł, ale o nazwisku nie do zapamiętania i nie do wymówienia. Łysy chłopak przypominał chuligana, co to tylko szuka zaczepki, lecz troska w jego głosie wydała się Darrenowi autentyczna. W tym narodowościowym kotle, w ogólnym zamieszaniu i hałasie było całkiem przyjemne, że ktoś spoza jego teamu i załogi Edinburgh Monarchs przejmuje się jego stanem.
Kiwnął głową.
– Nieźle przygrzmociliście – ciągnął Paweł całkiem niezłą jak na Polaka angielszczyzna, po czym objął Darrena ramieniem jak dobrego kumpla, jakby to z nim jeździł w reprezentacji. Darren widział, że Polacy już tak mają, że nawet w indywidualnych zawodach przesiadują nawzajem w swoich boksach i doradzają sobie w sprawie ustawień. Czyżby ta aura przyjaźni przeszła i na inne nacje? – Oby tylko Artiomowi nic się nie stało.

– Sam sobie jest winien – wzruszył ramionami Darren, zaskoczony tą troską o obcego zawodnika, który najzwyczajniej w świecie pojechał bez głowy, a teraz zbierał tego żniwo, leżąc pod bandą. Lekarz był teraz przy nim, obok przykucnął Parker i o czymś dyskutowali, a Artiom nawet nie zdjął kasku. Złość zastąpił niepokój, kiedy Darren pomyślał, że sprawa może być poważna, że być może rywal stracił dużo więcej niż szansę na udział w powtórce. Nie życzył źle temu ruskiemu dzieciakowi. Może żeby się trochę obtłukł i zapamiętał tę lekcję, ale w żadnym wypadku nie chciał, żeby Artiom odniósł kontuzję.

W chwilę później te rozważania straciły jednak na znaczeniu. Darren i Paweł byli już pod parkiem maszyn, gdy z trybun posypały się gwizdy. To było coś niezwykłego, gdyż kiedy zawodnik leżał pod bandą, a potem wstawał, zazwyczaj witano ten fakt oklaskami. Musiało chodzić o coś innego.
I chodziło. Darren najpierw usłyszał wśród gwizdów poirytowany głos Murdocha, potem zdezorientowany – Mamy, a jeszcze później zobaczył zapalone czerwone światło, oznaczające, że sędzia postanowił wykluczyć z wyścigu wcale nie Artioma, tylko jego.

Gwizdy zmieszały się z oklaskami, gdy Artiom faktycznie podniósł się z toru, ale Darrena to już nie obchodziło. Wściekły i rozgoryczony, popędził dzwonić do sędziego i wylać mu swoje pretensje na tę niesprawiedliwa decyzję. W przeciwieństwie do niektórych nie miał menedżera, który zrobiłby to za niego.
Rozmowa nic nie dawała. Sędziowie nigdy nie zmieniali decyzji, nawet tych ewidentnie błędnych. Ten upierał się, że kto jest z przodu, ten dyktuje warunki, a w momencie kolizji z przodu był Rosjanin. Darren z trudem powstrzymywał cisnące się na usta przekleństwa, czując za sobą obecność Mamy. Ona pewnie przekonałaby sędziego do zmiany decyzji, jedyny taki człowiek na świecie. Ale dla Darrena wystarczającym metaforycznym policzkiem było to, że drugi raz dał się złapać Artiomowi. Nie potrzebował kolejnego – faktu chowania się za maminą spódnicą.

Kiedy cisnął słuchawką i odwrócił się, ze zwyczajowego poruszenia w parku maszyn wyłowił dwie znajome sylwetki. Artiom kuśtykał w stronę telefonu, wyraźnie rozbity, a podtrzymujący go ramieniem Jeffrey coś tłumaczył Rosjaninowi. Oczywiście nie po angielsku. Wyglądało na to, że rywal tylko się potłukł. Darrena to nawet ucieszyło – ale przestało, gdy do Artioma podlecieli Polacy i ktoś jeszcze, jego rodak albo jakiś Czech. Dlaczego ktoś, kto wykosił rywala chamskim atakiem i nawet nie został za to wykluczony, mógł liczyć na aż tyle wsparcia?

Zrobił krok w stronę Artioma, by osobiście powiedzieć Rosjaninowi, co sądzi o jego technice jazdy. Miał nadzieję, że pozostali zawodnicy się z nim zgodzą. Tylko że w momencie gdy zrobił drugi krok, rywal wydobył się ze skupiska żużlowców, wyrwał spod ramienia menedżera i dobił do Darrena.
– Chciałem przeprosić – oznajmił śmiesznym, dziecinnym głosem. Nawet dało się go zrozumieć. – Moja wina, popełniłem błąd. Wszystko w porządku? Mocno w ciebie uderzyłem?
Mówił z wyraźną skruchą, której Darren nawet przy ogromnej dozie złej woli nie mógłby uznać za udawaną. Na pytanie odpowiedziało ciało – falą bólu, odczuwalnego, lecz nie takiego, którego Darren nie umiałby opanować.
– Jest okej – powiedział zupełnie nie to, co planował jeszcze przed chwilą. Uśmiechnął się nawet wymuszonym uśmiechem i poklepał Artioma po ramieniu. Rosjanin skrzywił się nieznacznie, też się chyba poturbował. Zebrany wokół nich tłum rywali zareagował na ten gest pojednania owacją. Darren uśmiechnął się po raz drugi, tym razem w duchu, i wzrokiem poszukał Mamy. Zawsze powtarzała, że nie warto żywić urazy i dobrze wykazać się czasem wielkodusznością. Powinna być teraz dumna – a Darren poczuł jakąś ulgę. Chyba miała rację… – Chociaż sorki, ale to ciebie sędzia powinien wykluczyć.

Starał się brzmieć lekko, by to oskarżenie przybrało formę żartu. Zgromadzeni faktycznie się roześmiali – wszyscy oprócz Artioma i Parkera, który zresztą zaraz oddalił się do boksu. Gdzieś niewyobrażalnie daleko sędzia zapalił bursztynowe światło i rozpoczęło się odliczanie dwóch minut do startu powtórki wyścigu. Rosjanin jednak nie od razu ruszył w ślad za menedżerem.
– Wiem – powiedział cicho i wśród warkotu grzanych motocykli Darren ledwie go usłyszał. – Chciałem porozmawiać z sędzią, przecież to ja zawiniłem, ale Jeff mówi, że nie ma sensu. Sędziowie nie zmieniają decyzji.

Śmiech zgromadzonych zagłuszył wydany przez Darrena dźwięk – gwałtowne wciągnięcie powietrza do płuc. Walijczyk jeszcze przed chwilą czuł się panem sytuacji i tym dobrym, który wielkodusznie przebaczył winy temu biednemu rosyjskiemu dziecku. Teraz miał wrażenie, że Artiom wymierzył mu drugi metaforyczny policzek, o ileż boleśniejszy od pierwszego. Winny rzadko kiedy przyznawał się do winy, a już gdy dostawał od losu szansę w postaci udziału w powtórce, powinien siedzieć cicho, a po zawodach pobiec do najbliższej świątyni i dziękować za cud temu bogu, który akurat ma najmniej na głowie… A zamiast tego Artiom chciał dzwonić do sędziego i prosić o zmianę decyzji?

– Wow! – dobiegł go głos któregoś z Pawłów. – Młody, co ty masz w głowie?
Ktoś klepnął Darrena w ramię.
– Patrz, jakie masz wsparcie. W finale też cię pewnie przepuści, żeby było sprawiedliwie, co nie, Artiom?
Artiom stał jak słup soli, wyraźnie zaskoczony reakcją zgromadzonych. Nie wiedział, co ze sobą począć, więc w końcu zrobił krok w tył, po czym czmychnął w bezpieczną czeluść boksu. A Darrenowi przemknęło przez myśl, że już lepiej byłoby umrzeć na tym torze. Mniejszy wstyd.

Wrocław – Września, lipiec-sierpień ‘17

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *