Czarna Książka, Żużlowersum

Inny wymiar polskiego żużla

 

W prawdziwym świecie Polska jest żużlową potęgą. Jedyne, czego Biało-Czerwonym los poskąpił, to tytuły Indywidualnego Mistrza Świata. W historii Polacy sięgali po niej zaledwie dwukrotnie: Jerzy Szczakiel w 1973 r. i Tomasz Gollob w 2010 r. Ale spokojnie – od czego jest żużlowersum? Zobaczcie, jaka z Polski potęga w świecie „Czarnej Książki” i okolic. [UWAGA – WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO PRAWDZIWYCH OSÓB, ZDARZEŃ I LIG JEST STUPROCENTOWO (NIE)PRZYPADKOWE]

Wielka historia polskiego żużla nowej ery zaczęła się w roku 1986, kiedy złoty medal IMŚ niespodziewanie zdobył młody, zaledwie 25-letni Robert Hoffmann. Świat żużla nie wiedział wtedy jeszcze, że w finale w Chorzowie rozpoczął się nowy etap w historii nie tylko polskiego, ale i światowego speedwaya. Rok później Hoffmann jako drugi zawodnik w historii obronił tytuł mistrzowski. Dojrzały i ukształtowany jako żużlowiec, „Hoffi” został też pierwszym zwycięzcą cyklu Grand Prix w 1995, co dało mu czwarty złoty medal IMŚ (trzeci zdobył w 1992). Wyrównał tym samym osiągnięcie legendarnego Brytyjczyka, Stephena Murdocha, czterokrotnego mistrza świata. Nikt nie spodziewał się, że 9 lat później, w wieku, w którym żużlowcy zazwyczaj mają za sobą karierę zawodniczą, Hoffmann po raz kolejny stanie na najwyższym stopniu podium. Ostatnie złoto Hoffi zdobył w kolejnym sezonie – w roku 2005 wygrał 5 z 9 rund Grand Prix. Do dziś jego 6 złotych medali IMŚ jest rekordem, do którego żaden zawodnik nie zdołał się zbliżyć.

Przez długi czas polski speedway pozostawał teatrem jednego aktora. W ostatniej dekadzie PRL-u i okresie transformacji ustrojowej istniały zauważalne problemy z dostępnością nowinek technicznych, nie było także jednolitej myśli szkoleniowej. Pojedynczy zawodnicy tacy jak Henryk Stańko z Wrocławia, Wacław Jodła z Gniezna czy Karol Piasecki z Piły nie zwojowali niczego wielkiego na światowych arenach. Jedynym zauważalnym sukcesem polskiego speedwaya końca drugiego tysiąclecia był brązowy medal MŚP zdobyty przez Hoffmanna i Jodłę w 1994 roku, kiedy nieoczekiwanie pokonali faworyzowanych Australijczyków.
Polska liga zaczęła się na dobre rozwijać pod koniec lat 90. XX wieku, kiedy dopuszczono do startu w każdym klubie dwóch obcokrajowców. Przybysze przede wszystkim z zachodu wnieśli do polskiego żużla świadomość sprzętu, ale także nowoczesnych metod szkoleniowych, z których istnienia Polacy przez lata nie zdawali sobie sprawy. Półamatorski polski żużel wszedł na poziom profesjonalny, zawodnicy zaczęli organizować swoje teamy, a sprzęt stał się własnością samych żużlowców, nie zaś klubu.

Równocześnie współpraca z zagranicznymi ligami doprowadziła do rozwoju Ekstraligi, jej centralizacji i uporządkowania struktury, co pozwoliło na przyciągnięcie sponsorów. W efekcie stawki za kontrakt zaczęły rosnąć, co w połączeniu ze zróżnicowaną geometrią torów i głodną żużla publicznością uczyniło polskie ligi łakomym kąskiem dla zagranicznych gwiazd. Znaczenie Ekstraligi wzrosło na tyle, że już od 2005-2006 roku eksperci oceniali ją jako trudniejszą i ciekawszą od wszystkich lig poza Elite League (którą przeskoczyła, jeśli wierzyć opiniom, w 2010 roku).

Jednocześnie i niższe ligi nie stały w miejscu. W 2006 roku polscy działacze zdecydowali się na bezprecedensowy na taką skalę krok i zaprosili do udziału w lidze zagraniczne kluby pozbawione rodzimych lig: łotewski Lokomotiv Daugavpils, ukraińskie Równe, węgierski Miszkolc oraz czeski Olymp Praga. Wcześniej zdarzały się przypadki, gdy w lidze jeździły kluby z zagranicy (chociażby Lokomotiv, który uczestniczył w rozgrywkach ligi fińskiej oraz rosyjskiej), nigdy jednak nie było ich więcej niż jeden. I chociaż Olymp Praga po roku zdezerterował do powstającej właśnie ligi czeskiej, a Miszkolc i Równe po kolejnych dwóch sezonach wycofały się w związku z trudnościami finansowymi, gest polskich działaczy niewątpliwie wpłynął na podtrzymanie tradycji żużlowych w tych krajach. Osobna historia – która znajdzie swoje miejsce pod innym hasłem – dotyczy Lokomotivu Daugavpils.

Wraz z rozwojem ligi do bram światowego żużla pukały coraz to nowe polskie nazwiska. Powiewem nadziei był tytuł IMŚJ zdobyty w 2003 roku przez 18-letniego Marcina Jodłę, syna Wacława. Zawodnik wrocławskiej Sparty, trenując pod okiem Roberta Hoffmanna, stał się szybko godnym następcą legendy. W Grand Prix jeździli też inni biało-czerwoni, między innymi Tomasz Owczarek, Krzysztof Kowalski, Andrzej Skrzydlewski czy Mirosław Galiszewski, jednak tylko temu ostatniemu udało się zaprezentować godne zapamiętania wyniki – 5. miejsce w 2006 roku.

Przełom nastąpił w 2007 roku. W obliczu kryzysów w zagranicznych reprezentacjach Polska była typowana do historycznego złota DPŚ. Jednak niedługo przed turniejem plaga kontuzji wyeliminowała z gry wszystkie głośne polskie nazwiska prócz Hoffmanna i młodego Jodły. Wsparci przez trójkę juniorów: torunianina Pawła Klamkowskiego, leszczynianina Pawła Gręźlika oraz rybniczanina Waleriana Kaptułę (IMŚJ 2007), biało-czerwoni po spektakularnej walce wydarli srebrny medal. To na barkach czwórki młodych gniewnych spoczął ciężar reputacji polskiego speedwaya po zakończeniu kariery przez Hoffmanna w tym samym sezonie.

Nie wszyscy sprostali oczekiwaniom. Klamkowskiego pokonały coraz częstsze kontuzje i zawodnik, nie zdoławszy nawet awansować do cyklu Grand Prix, w 2012 roku zakończył karierę. Problemy osobiste Kaptuły oraz afera dopingowa z 2010 roku na wiele lat wyeliminowały rybniczanina z walki o najwyższe cele. Natomiast Gręźlik i Jodła nie tylko awansowali do Grand Prix, ale zostali mistrzami świata (odpowiednio w 2014 i 2016 roku). Nie są jednak jedynymi wybitnymi polskimi żużlowcami pokolenia lat 80. Takie nazwiska jak Adam Zwierz czy Kamil Kruk budzą respekt wśród zawodników i fanów na całym świecie. W 2015 roku polscy żużlowcy zdobyli tytuł Drużynowych Mistrzów Świata, po raz pierwszy – za sprawą polskiej firmy – organizowanych w formule dwutygodniowego turnieju. Zawodnicy spod znaku białego orła liczą się też w sekcji juniorskiej i co roku stają na podium Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów. W kilku ośrodkach (m.in. Toruń, Piła, Tarnów) rozwija się miniżużel.

Obecnie Polska może się poszczycić najnowocześniejszymi stadionami, najbardziej profesjonalną i najlepiej opłacaną ligą, a także najwyższą frekwencją (średnio 10 tys. kibiców na każdym meczu Ekstraligi). Rokrocznie w Polsce odbywają się dwa-trzy turnieje cyklu Grand Prix, z czego jeden tradycyjnie w Toruniu, pozostałe zaś naprzemiennie w różnych miastach, w tym w Lesznie, Wrocławiu, a nawet Warszawie.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *