Opowiadania

Ktoś taki jak Alex [część I]

 

„Powiem ci coś, jak żużlowiec żużlowcowi… młody jesteś i całkiem niegłupi, a u nas przebić się niełatwo. Więc może spieprzaj do tej swojej Norwegii, gdzie na pewno będziesz gwiazdą i nie staraj się na siłę zasłużyć dla kraju, który nie jest twój?”

Niebo nad Poole co jakiś czas przecinały fajerwerki. Nie były to spektakularne sztuczne ognie jak na Nowy Rok albo jak te odpalone po zakończonych niedawno zawodach, ale jak mało co podkreślały, że trwająca w hotelu impreza to coś więcej niż tylko radosna popijawa. Tak ekspresyjni Polacy i rozochoceni alkoholem Szwedzi cieszyli się z awansu do finału Drużynowego Pucharu Świata na żużlu. Do wspólnego świętowania zaprosili też resztę obsady nadchodzącego finałowego turnieju – reprezentacje Danii i Wielkiej Brytanii. Nieduży hotel na szczęście niemal w całości wynajęto dla zawodników, mechaników, oficjeli i części mediów, toteż nikt nie zgłaszał pretensji w kwestii zbyt głośnej fety. Jedyna osoba, której nie chciało się świętować, była nazbyt pogrążona we własnych myślach, by w ogóle słyszeć donośną muzykę i gwar rozmów.

Petter siedział na hotelowym tarasie i w zamyśleniu spoglądał w górę, szukając wzrokiem dachów okolicznych budynków. Żałował, że do dyspozycji ma tylko podwyższenie, a nie balkon, i to najlepiej na ostatnim piętrze. Wtedy nie musiałby patrzeć w dół, na improwizowany szwedzki stół, plastikowe kubki z ponczem (jak na szkolnej dyskotece) i kręcących się wokół nich żużlowców. Wzrok jak magnes przyciągała impreza i Petter zastanawiał się, po co świętować jeszcze przed finałem. Odkąd przed rokiem organizację najważniejszych zawodów żużlowych przejęła nowa firma, jej właściciele wszelkimi siłami starali się wkupić w łaski zawodników i działaczy, i próbowali, jak widać nieudolnie, zrobić z żużla drugą Formułę 1. Przynajmniej tak mówili inni.

Mówili inni. Petter musiał polegać na cudzej opinii – skąd miałby wziąć własną? Dla wszystkich dookoła, łącznie z kolegami z reprezentacji, był sportowym gówniarzem. Przygodę z cyklem Grand Prix zaczął dopiero pod koniec minionego sezonu, zastępując kontuzjowanych rywali. A do duńskiej kadry załapał się dopiero teraz, po tym jak…

Potrząsnął głową. Nie chciał o tym myśleć. Nie chciał znów zadawać sobie pytania, czy menedżer reprezentacji uznał go za godnego startu w Drużynowym Pucharze Świata, czy zobaczył w nim tylko zastępstwo za Halvora. Substytut niedoszłego mistrza.

Myśli stały się zbyt nieprzyjemne, więc starał się je odgonić. Zamknął oczy, odchylił głowę… Świerszcze cykały, skryte w wysokiej trawie, a gdzieś w oddali pohukiwała sowa. Oczami wyobraźni zobaczył Halvora, swojego przyjaciela, na czerwono-białym motocyklu. Halvor dumnie nosił duńskie barwy, marzył, że kiedyś poprowadzi reprezentację do historycznego sukcesu – złotego medalu w drużynie.
Tylko że nie miał już na to szans… A jego marzenia powinien spełnić Substytut.

Petter oparł łokieć na stojącym obok stoliku, nieomal strącając znajdującą się na nim popielniczkę. W ostatniej chwili przytrzymał porcelanowe naczynie drugą ręką.
– Uważaj! – rozległ się głos, w którym chyba usłyszał kpinę. – Potem powiedzą, że taką imprezę zrobiliśmy, że aż popielniczki latały.

W oczach Pettera błysnęły drapieżne iskry. W mgnieniu oka odwrócił głowę i otaksował wzrokiem stojącego w progu Alexa Bjaanda. Świeżo upieczony kapitan reprezentacji stał oparty o futrynę i z podszytym kpiną uśmieszkiem wpatrywał się w młodszego kolegę. Trudno było stwierdzić, jak długo już się tam znajdował.

– A ty co tu robisz zamiast świętować z chłopakami? – wycedził Petter, dyskretnie odstawiając popielniczkę na swoje miejsce. – Zmykaj stąd, idź się upić, wysadzić coś w powietrze, ogłosić światu, że pojutrze zdobędziemy złoto. Bylebyś nie siedział tutaj, jasne?

Bjaand od samego początku go nie akceptował. W pierwszym meczu, w jakim się spotkali, obaj brali udział w karambolu. Petter uważał ten wypadek za wyłączną winę Alexa, Alex to samo myślał o Petterze. Do tego zawsze grzeczny, uprzejmy i zrównoważony Duńczyk działał Petterowi na nerwy samą swoją osobowością. Wydawał się taki… poprawny.

Takie konflikty nie były niczym niezwykłym, zazwyczaj rozchodziły się po kościach w ciągu maksymalnie pół sezonu. Lecz w tym przypadku gdy tylko zasklepiła się stara uraza, przyszły nowe. Alexowi nie pasowało, że w reprezentacji Danii jeździ rodowity Norweg. A może nie pasowało mu, że Petter nie jest Halvorem? Na pewno zaś miał problem z tym, że w zawodach półfinałowych Petter nie słuchał jego rad i nie uczestniczył w zespołowych naradach. Pewnie nie przyszło mu do głowy, że niektórzy najlepiej koncentrują się w samotności. I że Petter niekoniecznie ma chęć obcować z ludźmi, którzy potem za plecami wyśmiewają się z jego akcentu.

– Zapominasz, że to nie twój prywatny balkon, Lindmann – oznajmił kapitan, rozsiadając się nonszalancko na wolnym krześle. – Jak się czujesz przed jutrzejszym spotkaniem z kibicami? – zagaił, udając przyjazny ton. Petter nie zdążył odpowiedzieć, Alex bowiem zrobił minę, jakby właśnie sobie coś przypomniał, machnął ręką i dodał: – Ach, jasne! Ty raczej nie masz zbyt wielu fanów, co? Jesteś trochę jakby… no wiesz… reprezentantem z przypadku?

To było nieuprzejme. To był ten poziom nieuprzejmości, na jaki Alex mógł sobie pozwolić i jakiego jednocześnie nie mógł odpuścić. Za dnia musieli udawać zgraną drużynę. Na zawodach musieli taką drużyną być. Ale ileż można odstawiać teatrzyk? Pewnie gdyby Lindmann był kapitanem, sam dawałby upust swojej niechęci w o wiele gorszy sposób niż szczeniackie słowne przepychanki.

Gdyby nie byli z jednej reprezentacji, przynajmniej mogliby sobie dać po mordzie, jak normalni żużlowcy…
Nerwowo miął róg wielkiego obrusa w słoneczniki. Alex dobrze wiedział, z której strony uderzyć – ciosu w ambicję Petter nie potrafił zmilczeć.
– Edgar mnie powołał – powiedział powoli, wyraźnie wypowiadając każde słowo.
– Oczywiście – sarknął Alex. – Ale obaj wiemy, że zrobił to tylko dlatego, że Halvor chciał, żebyś wszedł na jego miejsce. Gdyby nie to, nie miałbyś czego szukać w drużynie.
Norweg zacisnął pięści.
– Kłamiesz! – warknął, mając ochotę jednym celnym ciosem zetrzeć z ust Alexa ten obrzydliwy uśmieszek. W głębi duszy kiełkował ból, bo przecież Petter zadawał sobie to pytanie, odkąd spotkał się z przyszłymi kolegami z reprezentacji przed pierwszymi zawodami. Widział w ich oczach dezaprobatę. Był młody, młodszy od chłopaków, którzy według wszystkich zasługiwali na szansę w kadrze narodowej. Nie był nawet Duńczykiem i lubił to akcentować – czy to flagą na motocyklu, czy to pogwizdywaniem norweskiego hymnu. Był indywidualistą, a ich drużyna polegała na kolektywie.

I może to, że umiał jeździć, nie równoważyło wszystkich argumentów na nie. Może faktycznie Edgar Ruttweiser powołał go do reprezentacji tylko ze względu na jego przyjaźń z człowiekiem, który nie mógł już wystartować w żadnych zawodach?
– Jesteś zazdrosny – warknął po zbyt długiej chwili ciszy – bo ty w moim wieku nie miałeś co marzyć o reprezentacji!

Na chwilę zapadła cisza, jakby ten argument zbił Alexa z pantałyku. Petter kątem oka obserwował sylwetkę Duńczyka na tle nocnego nieba. Lekki wiatr kołysał jego niemal białe włosy (ach, jakże cudownie byłoby powyrywać mu do cna te kłaki…), a sponad koszulki połyskiwał kawałek złotego łańcucha (… albo chwycić za tę tandetną biżuterię i udusić drania…). Wreszcie to Alex zdecydował się przerwać milczenie.

– Powiem ci coś, jak żużlowiec żużlowcowi… młody jesteś i całkiem niegłupi, a u nas przebić się niełatwo. Więc może spieprzaj do tej swojej Norwegii, gdzie na pewno będziesz gwiazdą i nie staraj się na siłę zasłużyć dla kraju, który nie jest twój? – Kończąc, oparł rękę na stole. Popielniczka zadrżała niebezpiecznie.

Petter zrozumiał, że teraz to on jest panem sytuacji.
– Boisz się mnie? – zapytał, wstając i nachylając się nad rywalem. – Chcesz ode mnie uciec? Przecież i tak będziemy się widywać – i to po dwóch stronach barykady.
– I bardzo dobrze. – Alex zmrużył z oczy. – Nie zamierzam jeździć w jednej drużynie z kimś… kimś takim jak ty!
– Czyli jakim? – Petter napiął mięśnie. Był wyższy i potężniej zbudowany niż Alex, i półświadomie próbował wykorzystać tę przewagę, żeby przegonić Bjaanda z balkonu. Nie potrzebował towarzystwa – a już zwłaszcza takiego.
– Przecież to jasne, Lindmann. Załatwiłeś Halvora, bo wiedziałeś, że wtedy wejdziesz do drużyny na je…
Nie dokończył. W ułamku sekundy dłoń Pettera zacisnęła się na jego gardle. Oczy Alexa rozszerzyło przerażenie, a z ust wydobył się nieartykułowany charkot. To otrzeźwiło Lindmanna – z zaskoczeniem i przerażeniem, do czego był zdolny, zwolnił uścisk.
Alex odskoczył, roztarł gardło i zaraz przystąpił do kontrataku.
– Chcesz się bić? Nie żebym się nie spodziewał.
Petter zrobił krok do przodu.
– Dobrze wiesz, że to był wypadek…

– Wypadek! Taki sam jak na treningu, co nie? – Alex wspomniał o ich kolizji na treningu przed półfinałem. Nic wielkiego, jeden wyjeżdżał na tor, drugi z niego zjeżdżał, normalna sprawa, że na siebie wpadli. Petter w każdym razie miał to gdzieś, ale najwyraźniej kapitan za wszelką cenę szukał potwierdzenia, że jego nowy kolega z reprezentacji jest niebezpiecznym świrem. – Ciekawe, czy Halvor też by to nazwał wypadkiem…
– Akurat nie ty to wiesz najlepiej! – syknął Petter, uderzając pięścią o stół. Popielniczka była już na krawędzi. Przecież Halvor nigdy go nie oskarżał. Przecież doceniał, że Petter siedzi przy nim w szpitalu, potrzebował obecności i wsparcia przyjaciela. Gdyby to była wina Pettera, chyba by się tak nie zachowywał.
– …gdyby pamiętał. Ale pewnie nie pamięta. I dobrze. Tylko że to nic nie zmienia.

Tym razem to popielniczka nie wytrzymała napięcia. Spadła na posadzkę, roztrzaskując się w drobny mak. Żaden z żużlowców nie zwrócił na to uwagi.
– To tak trudno zrozumieć? Nie chcę w drużynie kogoś, kto w każdej chwili może skończyć karierę któremuś z nas…
Największym błędem Alexa było to, że stał tak blisko balustrady.

Wszystko potoczyło się zbyt szybko. W jednej chwili stał jeszcze na tarasie, opierając się nonszalancko o barierkę, w drugiej zaś znalazł się już na samym środku szwedzkiego stołu. Wokół walały się resztki jedzenia, zgniecione plastikowe kubki, i poncz ściekał po obrusie.
Petter oparł się o balustradę, odrzucił do tyłu jasne włosy i wybuchnął śmiechem. Śmiał się do rozpuku, gdy uczestnicy przyjęcia w pośpiechu opuszczali miejsce zdarzenia, gdy Bjaand spełzał ze stołu, a obsługa hotelowa starała się uprzątnąć szkody. Nie przestał nawet wtedy, kiedy na jego ramieniu spoczęła chłodna dłoń Edgara Ruttweisera.

*

– To się po prostu w głowie nie mieści!
Edgar krążył po pokoju, a dwie pary niebieskich oczu uważnie śledziły każdy jego ruch. Menedżer duńskiej reprezentacji miotał się niczym tygrys w klatce, chodząc w tę i z powrotem z rękoma splecionymi z tyłu. Alex oraz Petter grzecznie siedzieli w dwóch fotelach, czekając w napięciu na rozwój wydarzeń. Wreszcie Ruttweiser odwrócił się w stronę żużlowców, oparł dłonie o blat stojącego przed nim stolika i ze smutkiem w oczach oznajmił:

– Nie spodziewałem się tego po was, chłopcy.
– To nie moja wina – odparli jednocześnie. Edgar w milczeniu poprawił rozpięty mankiet koszuli. Jego karcące spojrzenie wędrowało od Alexa do Pettera i w drugą stronę.
– To dla mnie niepojęte. Za dwa dni macie walczyć o medal, powinniście zajmować się wyłącznie tym, co was czeka już wkrótce, a wy co? Przecież urządziliście najzwyklejszą w świecie burdę! Żeby z balkonu…
– Tarasu – uściślił Petter. Ruttweiser westchnął ciężko, pocierając dłonią czoło.
– Petter, tu nie chodzi już nawet o to, co mogłeś zrobić Alexowi, gdybyście byli wyżej…
– Sprowokował mnie!
– Petter, nie przerywaj! – zirytował się Edgar. – Wiesz, jakiego wstydu nam narobiłeś?
– O przepraszam, to nie ja latałem po hotelu z mokrym tyłkiem – mruknął Lindmann, przewracając oczami. Edgar trzasnął pięścią w stół, a ten aż zadrżał.
– Dość! Nie obchodzi mnie, o co wam poszło i dlaczego się tak zachowaliście… Możecie być pewni, że spotkają was konsekwencje! A teraz najlepiej zrobicie, jak pójdziecie do łóżek i wyśpicie się przed jutrzejszym spotkaniem z kibicami. Rano powiem wam, co zdecydowałem – zakończył złowieszczo, odwracając się do okna i mamrocząc jeszcze pod nosem – Kapitana z balkonu…

*

Kilka godzin później cały hotel huczał od plotek na temat nocnych zdarzeń. Nawet ci nieliczni goście, którzy dotąd o żużlu nie mieli bladego pojęcia, dziwnym trafem wiedzieli, kto dokładnie uczestniczył w zajściu zakończonym spektakularnym zdemolowaniem stołu. Idąc o poranku do pokoju Edgara, Petter czuł na sobie spojrzenia mijających go osób, które z zupełnie niezrozumiałych przyczyn przyśpieszały kroku, gdy tylko młody Norweg pojawiał się w zasięgu ich wzroku. Szedł więc przygarbiony i ze spuszczoną głową, starając się udawać, że to wcale nie on, tylko ktoś podobny jedynie z wyglądu. Wlókł się powoli, noga za nogą, z rozczochranymi włosami i podkrążonymi oczami, wiedząc doskonale, że za drzwiami Ruttweisera nie czeka go nic przyjemnego. Co oczywiste, przez całą noc nie zmrużył oka; leżał tylko, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w czerń za oknem. Gdy tylko zamykał oczy, widział niemal w technikolorze sylwetkę człowieka, od którego zależał teraz jego los. Rumieńce złości odcinały się wyraźnie na twarzy o kremowej karnacji, kąciki warg wciąż drżały, a czoło przecinała głęboka bruzda.

Drzwi pokoju menedżera były dla Lindmanna wrotami piekieł. Mimo to zapukał; nie zwykł uciekać od konsekwencji.
– Proszę! – rozległ się zaspany głos Edgara. Petter powoli nacisnął klamkę, a jego puls przyśpieszył jak nigdy dotąd. Podczas żadnego wyścigu w swoim życiu, nawet wtedy, gdy wraz z Halvorem walczyli o Mistrzostwo Danii – nigdy jeszcze nie czuł się tak zdenerwowany.

Ruttweiser siedział na tym samym fotelu, który jeszcze kilka godzin temu zajmował Alex. Popatrzył na Pettera zmęczonym wzrokiem, a jego usta skrzywiły się nieznacznie. Rzadkie, czarne włosy menedżera połyskiwały w świetle porannego słońca.
Petter nie był w stanie wykrztusić nawet słów powitania. Stał po prostu i starannie unikał spojrzenia Ruttweisera.

– Usiądź – odezwał się Edgar. Miał spokojny głos, jednak to jeszcze o niczym nie świadczyło. Norweg zajął wskazane miejsce. Wreszcie odważył się spojrzeć w oczy człowieka, od którego zależał teraz jego los. Patrzyli na siebie uważnie, a Petter miał wreszcie okazję doświadczyć tego uczucia, gdy całe życie przelatuje przed oczami w ciągu jakichś trzech sekund. Widział ojca, sadzającego go na motor, ten pierwszy raz w życiu… Ile miał wtedy lat? Dziesięć, jedenaście? Widział Ingmara Erika Hansena, witającego go w Holsted SK i tłumy obcych jeszcze wtedy twarzy żużlowców, mechaników, działaczy. Po chwili sceneria się zmieniła: teraz był na torze, walczył o zapewnienie klubowi z Holsted mistrzostwa… Błysnęło i stał już w parkingu, pakując się przy akompaniamencie pełnych dezaprobaty pomruków. Przelotne spojrzenie Halvora, a zaraz potem drzwi gabinetu prezesa… Wtedy jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę, że może wylecieć z drużyny, co nie zmieniało faktu, że czuł paraliżujący wręcz strach o swój los. Wreszcie obraz wychodzącego z pomieszczenia Halvora, uśmiech i to jedno słowo. Zostajesz…
Do diabła, jak Alex, jak ktokolwiek w ogóle mógł pomyśleć, że Petter byłby w stanie zrobić takie świństwo osobie, której tyle zawdzięczał?!

– Słuchasz mnie choć trochę?
– Przepraszam, zamyśliłem się – przyznał cicho. Edgar pokręcił głową.
– Mówiłem właśnie, że doceniam twój talent, wolę walki i…
– Nie trzeba – przerwał mu bezczelnie Petter. – Powiedz po prostu, że… Że mnie wyrzucasz – dokończył dzielnie. Ruttweiser bawił się nerwowo guzikiem przy kołnierzu białej koszuli.
– Petter, to nie jest takie proste jak myślisz – westchnął. Odwrócił wzrok, po czym kontynuował tym samym, obojętnym tonem – Na chwilę obecną mamy sporo zdolnych zawodników, a znalezienie się wśród pięciu reprezentantów kraju to wyróżnienie, na które zasługują wyłącznie ci najlepsi. Nie podważam twojej klasy, jesteś młody i utalentowany, ale… Niestety, takie zachowanie jak to wczorajsze przekreśla cię na jakiś czas. Przykro mi, ale federacja nie życzy sobie, żeby w drużynie narodowej znajdował się ktoś, kto pozwala sobie na tak haniebne czyny. To nie jest moja decyzja.
– A ty? – rozległ się szept Pettera. Zaskoczony Edgar odwrócił się w stronę młodzieńca z pytającą miną.
– Pytam, co ty byś zrobił – uściślił Norweg. – Nie federacja.
Na policzkach zmieszanego Ruttweisera wykwitł rumieniec. Guzik przy kołnierzu trzymał się już chyba tylko siłą woli.
– Wiesz, to nie jest łatwe pytanie… – zaczął menedżer.
– Ale odpowiedz – nalegał Petter. Edgar niemal niedostrzegalnie wzruszył ramionami.
– Nie da się na nie odpowiedzieć z marszu…
Lindmann wstał.
– A mnie się wydaje, że odpowiedź jest banalna – powiedział powoli, wbijając w Ruttweisera oskarżycielski wzrok. – Zrobiłbyś to samo. Nie musisz wycierać sobie gęby federacją.
Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Przy drzwiach dogonił go głos Edgara:
– Nie pogarszaj swojej sytuacji!
Spojrzał przez ramię na siedzącego w fotelu menedżera. Przy śnieżnobiałej koszuli brakowało jednego z guzików.
– Gorzej i tak już nie będzie – oznajmił na odchodnym Petter, po czym z całą siłą zatrzasnął drzwi.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *