Opowiadania

Ktoś taki jak Alex [część II]

 

 

„Petter nawet się nie zastanawiał, czy chciałby zdobywać krążki z taką drużyną. Medal to zawsze medal, a innej reprezentacji zwyczajnie nie miał. „

Wyrzucili mnie. Wracam. Wszystko opowiem ci w domu.
Nacisnął „wyślij”, po czym z rezygnacją rzucił komórkę na nocny stolik. Siedział na hotelowym łóżku, właściwie w połowie leżał, oparty o chropowatą, białą ścianę. Gałka łóżka wbijała mu się między żebra, lecz on jakby nie zdawał sobie z tego sprawy. Spoglądał to na spakowaną już walizkę, gotową do podróży powrotnej, to znów na wciąż stojące na stoliku zdjęcie oprawione w biało-czerwoną ramkę. Fotografia pochodziła sprzed roku, z jego dwudziestych urodzin. Byli na niej ci, dla których walczył nawet wtedy, gdy nie widział sensu w walce dla siebie. Lisa, Halvor, rodzice, ciotka Bine… Przypominał sobie, jak składali mu potem gratulacje, gdy dostał powołanie na Drużynowy Puchar Świata, jak życzyli powodzenia i wyrażali nadzieję, że przyczyni się do zwycięstwa duńskiej ekipy. A on co zrobił? Wyrzucił z tarasu Jaśnie Wielmożnego Pana Kapitana Alexandra Niech-Go-Szlag Bjaanda. Z tegoż powodu sam został wyrzucony… z drużyny.

Nie czuł się na siłach wychodzić z pokoju. Oczyma wyobraźni widział drwiące uśmiechy na twarzach kolegów z reprezentacji, rozczarowane miny tej garstki kibiców, która jednak czuła do niego sympatię… Ciekawe, czy Alex poniósł jakieś konsekwencje? Ha, jasne! Przecież on jest z paki Edgara, pomyślał z goryczą Petter, przewracając się na bok.
Komórka zaburczała cicho, jednak on jakoś nie miał ochoty odbierać SMS-a. Nie chciał ani pretensji, ani, tym bardziej, współczucia. Chciał po prostu resztę życia spędzić na łóżku (tylko żeby nikt nie wyrażał dezaprobaty, że w adidasach…), sam na sam z własnymi myślami i bez czyjegokolwiek towarzystwa.
Jak na złość, w tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Właściwie to mogła być jedna osoba.

– Proszę!
Do pokoju wsunął się nieśmiało, zgodnie z oczekiwaniami Pettera, kolega z drużyny, Bjørn Jensen. Niski mężczyzna o krępej sylwetce, wiecznie rozczochranych włosach i uważnym spojrzeniu piwnych oczu był najstarszym i najbardziej doświadczonym żużlowcem w reprezentacji. Mimo to z nieznanych Petterowi przyczyn nigdy nie wyrażał chęci zostania kapitanem. A o ileż bardziej nadawałby się do tej roli od tego zadufanego w sobie Bjaanda! Bjørn rzucił okiem na pomieszczenie. W końcu jego wzrok napotkał rozłożonego na pościeli Norwega.

– Hej! – przywitał się cicho, przysiadając na brzegu łóżka. – Słyszałem o tym, co się stało. Przykro mi…
Lindmann prychnął.
– Niepotrzebnie – mruknął ironicznie, mrużąc oczy. Bjørn udał, że tego nie usłyszał.
– Naprawdę przykra sprawa. Ale sam rozumiesz, że…
– Nie, nie rozumiem! – przerwał mu ze złością Petter, zrywając się gwałtownie. – Za cholerę nie rozumiem, dlaczego nie mam prawa bronić się przed tym… tym gnojem. Dlaczego on ma prawo obrażać mnie, oskarżać bezpodstawnie i nikt mu z tego powodu nie robi wyrzutów, a mnie wywala się z drużyny za byle co?
– Petter! – jęknął Jensen. – Zrzuciłeś z balkonu kapitana reprezentacji; to nie jest byle co!
– Z tarasu. I zasłużył sobie na to – odwarknął Norweg. – Prowokował mnie. Twierdził, że… – Słowa nie chciały wyjść z gardła. Samo powtarzanie tych oskarżeń mogło sprawić, że Petter zacznie w nie wierzyć. Tego się obawiał i dlatego dokończył zupełnie inaczej niż zamierzał: – Twierdził okropne rzeczy.
– Okropne rzeczy? – Jensen uniósł brwi. – Co on ci musiał powiedzieć, że go wywaliłeś z balkonu?
– Z TARASU – ryknął Petter, odetchnął głęboko, po czym dodał: – Nie twoja sprawa. Idź, Bjørn. Nie potrzebuję niczyjego współczucia.

Petter wzruszył ramionami; tak, Bjørn jeździł teraz w jednej drużynie z Alexem, musiał trzymać stronę Bjaanda. Tym bardziej, że menedżerem København SK, którego czołówkę stanowili właśnie dwaj wspomniani, był nie kto inny jak Edgar Ruttweiser. Jedna klika…
Zaledwie jednak przebrzmiało echo zamkniętych przez Jensena drzwi, a już znowu ktoś zapukał. Tym razem Petter postanowił wstać, otworzyć i w razie czego wyrzucić niepożądanego gościa jak najdalej stąd.

– Chciałeś może dokończyć? – oznajmił gniewnie, otwierając drzwi, przekonany, że stoi za nimi Bjørn.
– Kiedy ja jeszcze nie zacząłem! – odezwał się rozbawiony głos. Petter nie wierzył własnym oczom. Oto przed nim zjawił się niczym dobry duch wysoki, rudowłosy mężczyzna o orlim nosie i bystrym spojrzeniu stalowoszarych oczu. Czarna, skórzana kurtka powiewała przy każdym ruchu muskularnych ramion.
– Tony? – zdumiał się Lindmann, spoglądając na stojącego w progu człowieka. Jego wiecznie zajęty menedżer najwyraźniej znalazł wreszcie czas, by spotkać się z podopiecznym.
– Nie, twój anioł stróż! – zripostował Tony Sander, bezceremonialnie wkraczając do pokoju. – Mnie przecież tu miało nie być.
– Właśnie, więc jakim cudem jesteś? – zainteresował się Petter, wskazując Tony’emu stojące pod oknem krzesło. Sander opadł na mebel, a rękaw kurtki zsunął mu się z ramienia. Gdzieś w oddali zagrzmiało.
– Słyszałem, że trochę wczoraj narozrabiałeś – oznajmił, opierając podbródek na dłoni i uważnie lustrując podopiecznego. Petter przygryzł wargę.
– Tak jakby… Ale to naprawdę…! – zaczął, jednak Tony uciszył go gestem.
– Nie musisz się tłumaczyć – rzekł. – Po prostu nie rób tego więcej, jakkolwiek wściekły byś nie był. To tylko pogarsza sprawę.
– Teraz wiem – mruknął Norweg, wbijając wzrok w podłogę. Wiedział, co zaraz usłyszy. Sander był przemiły, jednak kiedy czuł się rozczarowany… Ech, lepiej było nie wchodzić mu wtedy w drogę. A to, że w tym momencie czuł się rozczarowany postawą Pettera, nie ulegało wątpliwości.
– I postaraj się przynajmniej przez najbliższe dni nie zwracać uwagi na zaczepki Alexa… – ciągnął Tony. Lindmann uniósł głowę.
– To ty nic nie wiesz? – jęknął. – Wyrzucili mnie!
– Może wyrzucili, może nie. – Sander podszedł do sprawy zupełnie jak nie on. Zamiast zmyć głowę żużlowcowi, wpaść w furię albo i natychmiast zerwać kontrakt, on zachował stoicki jak na niego spokój. A potem dodał. – Może jeszcze to przemyślą.

Petter skoczył na równe nogi. Był od Sandera niemal o głowę wyższy, ale i tak czuł się uczniakiem czekającym, aż srogi nauczyciel wystawi mu ocenę za odpowiedź.
– To znaczy? – zapytał ostrożnie.
– To znaczy, że przemyślą – powtórzył spokojnie Tony. – I na pewno jak się z Alexem przeprosicie, zapomną o całej sprawie. W końcu jesteś uczestnikiem cyklu Grand Prix i naprawdę dobrym żużlowcem. A przy okazji gwarantujesz kontrowersje – sport lubi kontrowersje. Z takich ludzi się nie rezygnuje.
Petter obiecywał sobie, że nie będzie przerywać menedżerowi, ale wytrwał w tym postanowieniu z ogromnym trudem. Gdy tylko Tony skończył, z ust młodego zawodnika wyrwało się oburzone:
– Ja mam go przeprosić?!

Sander podszedł do Petter i położył ręce na jego ramionach. Chłopak momentalnie się skulił. Baczne spojrzenie menedżera mówiło, że to nie czas na oburzenie.
– Tak. Masz go przeprosić, nawet jeśli uważasz, że jego zachowanie było niegodne kapitana, świńskie i tak dalej. A on ma przeprosić ciebie. Nie musicie się kochać, ale jeździcie w jednej drużynie, a drużyna tak działa, że myśli o wyższym celu. Jasne?
Lindmann zamrugał gwałtownie.
– Nie wiem, czy dam radę.
– Przeprosiny nie muszą być szczere, tak? – oznajmił Tony i było to tak bardzo w jego stylu, że Petter przestał się zastanawiać, czy ktoś podmienił mu menedżera. Zawsze pragmatyczny Tony Sander uważał, że należy robić to, co przynosi korzyść, a niekoniecznie to, co dyktuje serce. Głos serca należało czasem wyciszyć jak dokuczliwe gwizdy publiczności na nielubianym stadionie. – Federacja życzy sobie, żebyście się przeprosili, bo to będzie wyglądać ładnie i motywująco. Mimo pewnych… różnic w poglądach i wewnętrznych niesnasek reprezentacja jest monolitem. To tylko zwykły gest. Nic nie musi znaczyć.

Petter był kompletnie innego zdania. Dla niego ten „tylko gest” znaczył sporo. Tak samo jak sporo znaczyły dla niego słowa Alexa, które Tony uznałby zapewne za paplaninę, którą przejmują się jedynie jednostki niezrównoważone emocjonalnie.
Ale… czy to była wygórowana cena za powrót do reprezentacji i szansę na medal w drużynie?
Petter nawet się nie zastanawiał, czy chciałby zdobywać krążki z taką drużyną. Medal to zawsze medal, a innej reprezentacji zwyczajnie nie miał.

*

Podczas spotkania z kibicami, na oczach kolegów po fachu, dziennikarzy, kibiców i oficeli (w tym prezydenta Duńskiej Federacji Motocyklowej) Petter podał Alexowi rękę. Szczęka bolała go od sztucznego uśmiechu, a uśmiechał się tym szerzej, im bardziej szczera wydawała mu się skrucha Alexa. A kiedy kapitan poklepał go po ramieniu i powiedział: „Jak mi się jeszcze kiedyś zdarzy być szują, to daj mi w pysk na osobności, zgoda? Bo potem są problemy…”, wewnątrz Pettera coś głucho jęknęło. On się wydawał naprawdę miły. Albo znakomicie udawał. Jeżeli to drugie, to nikt go jeszcze dobrze nie przejrzał – Bjaand cieszył się gigantycznym zainteresowaniem kibiców, rozdawał autografy, robił sobie zdjęcia z ludźmi w wieku mniej więcej od pięciu do dziewięćdziesięciu pięciu lat… Pettera od tego mdliło, zwłaszcza że sam, zgodnie z przypuszczeniami, miał fanów nastawionych niezwykle entuzjastycznie, ale za to nielicznych.

Tony miał rację: przeprosiny zamknęły usta federacji. Możliwe, że zamknęły je także pieniądze Sandera, tych bowiem menedżerowi nie brakowało. Petter nie zamierzał się nad tym zastanawiać. Po obowiązkowej integracji z fanami i treningu przed finałem, siląc się na spokój, odmówił Alexowi, który zapraszał go na duńskie team building w hotelowym barze i obiecywał kolejkę na swój koszt. Zamiast tego poszedł do pubu ze swoimi mechanikami, menedżerem i zespołem Edmunda Windshire’a, Brytyjczyka, z którym zakumplował się w lidze szwedzkiej. Reprezentujący „wrogą” drużynę Windshire był mu o wiele bliższy niż koledzy z tak zwanej kadry narodowej.

Do hotelu wrócił pod wieczór, mając nadzieję, że nie wpadnie znowu na Bjaanda. Nie potrzebował kolejnej awantury, tylko spokojnego nastrojenia się na nadchodzące zawody. Przemknął przez hall niemal niezauważony – nic dziwnego zresztą, skoro znajdowało się tam tylko dwoje zbłąkanych podróżnych, wraz z monstrualnych rozmiarów torbami okupujących skórzane kanapy. Na schodach z kolei było podejrzanie duszno, a unoszący się tam dym papierosów gryzł w gardło. Petter starał się nie oddychać zbyt głęboko, jednak mimo to gdy tylko znalazł się na piętrze, zamarzył o podróży na balkon i przeczyszczeniu płuc. Ruszył zatem wolnym, dostojnym krokiem w stronę uchylonych lekko drzwi i fruwającą na delikatnych podmuchach wiatru firaną. Gdzieś w oddali dwóch nie do końca trzeźwych osobników próbowało właśnie otworzyć drzwi, wpychając do zamka breloczek do kluczy. Co jakiś czas powietrze przecinały niewybredne przekleństwa.

Od strony balkonu dobiegały przyciszone głosy. Petter początkowo myślał, że po prostu w jego głowie wciąż pobrzmiewa echo panującego pod stadionem gwaru i rozmów w pubie, im bardziej jednak przybliżał się do celu wędrówki, tym większego nabierał przekonania, iż to coś więcej niż tylko dzwonienie w uszach. Dopiero kiedy dotarł pod sam balkon, rozpoznał głosy Alexa i Edgara Ruttweisera. Obaj byli zdenerwowani.

– … I nic z tego! – syknął Bjaand, gromiąc spojrzeniem menedżera. Petter skrył się za firaną, licząc, że zajęci sobą panowie nie zwrócą na niego najmniejszej uwagi. – Obiecałeś mi coś, nie?
Norweg nie dowierzał. Jak Alex mógł w taki sposób zwracać się do Ruttweisera? Co najciekawsze, Edgar wcale nie wyglądał na oburzonego karygodnym zachowaniem żużlowca. Wręcz przeciwnie: skulił się w sobie, a jego mina wyrażała skruchę.
– Sam widzisz – odezwał się po chwili, unikając wzroku Bjaanda – że są rzeczy, na które nawet ja nie mam wpływu. – Odwrócił się plecami do rozmówcy i oparł dłonie o barierkę. Petter chyba pierwszy raz widział menedżera tak bezbronnego. Co tu się działo?
– Gówno mnie to obchodzi! – prychnął Alex, zapalając papierosa (to on palił?!). Księżyc rzucał poświatę na jego twarz, oświetlając wydęte usta i zmarszczone brwi. – Skoro nie możesz w taki sposób, pozostaje ci cały arsenał innych środków. Może by tak jakąś nieświeżą rybkę chociaż? – zasugerował, zaś jego oczy błysnęły niebezpiecznie. Edgar na chwilę rzucił okiem na podopiecznego.
– Żartujesz chyba? – skomentował, otwierając szeroko oczy. – Alex, rozumiem, że możesz go nie lubić, ale, na litość boską, to twój kolega z reprezentacji!
Właśnie wtedy Petter zrozumiał. Mówili o nim. Ale jaki to miało związek z dziwnym zachowaniem Bjaanda i jeszcze dziwniejszą reakcją Ruttweisera?
– Poza tym: pomyśl logicznie – ciągnął przerażony menedżer. – Kim my go zastąpimy?
– Hansa masz praktycznie pod ręką – odparł Alex, lekceważąco wzruszając ramionami. – Dla chcącego nic trudnego, Edgar.
Tym razem Ruttweiser zareagował poprawnie, odpowiadając lodowato:
– Póki ja tu jestem menedżerem, to ja będę podejmować decyzje. Nie pchaj się w moje kompetencje.

Alex westchnął i wypuścił w noc obłok dymu.
– Edgar, ale ja się wcale nie pcham. Ja cię tylko proszę, żebyś się zastanowił, czy chcesz w zespole kogoś, kto nawet nie umie się zintegrować i zalazł za skórę już wszystkim chłopakom. – Przez chwilę milczał, jakby nad czymś się zastanawiał. – Słuchaj, ja się serio starałem. Próbowałem być dla niego miły. Ale on ma to w dupie, a ty jakbyś był ślepy. Co ci obiecał jego menago? Bo ja ci mogę obiecać, że ten dzieciak ściągnie na nas kłopoty. Edgar, no weź, zawsze się świetnie rozumieliśmy…
– Co? – Ruttweiser odskoczył od Alexa jak oparzony. – Teraz chcesz grać kartą?!

I znów przez jakiś czas panowało milczenie. Ciekawość sprawiła, że Petter nie odszedł. Nie rozumiał, o czym oni mówią, ale wydawało mu się, że to może być szalenie ważne.
– Nie miałem zamiaru. – Alex pozostał spokojny, tylko ton jego głosu stał się bardziej kategoryczny. – Ale skoro już o tym wspominasz, to chciałbym ci przypomnieć, że nie zawsze podejmowałeś słuszne decyzje. Swoją drogą, chyba nie chcesz, żeby federacja dowiedziała się, co kiedyś zrobiłeś z miłości? No, a tym bardziej, gdyby dajmy na to twoja żona usłyszała, dlaczego zacząłeś się z nią umawiać…

Petter stał za szybą z szybko bijącym sercem i czuł się, jakby właśnie dostał czymś ciężkim w głowę. Nie umiał wpasować słów Alexa w kontekst, ale zrozumiał jedno: kapitan z jakiegoś powodu nie tylko zachowuje się wobec kolegów nie po kapitańsku, ale ma też czelność szantażować menedżera reprezentacji. Tylko czym właściwie?

– Ach, tak! – warknął tymczasem Edgar. – Może jeszcze mi powiesz, że od początku chodziło tylko o to? Chciałeś mieć na mnie haka? Nie rozumiem, jak mogłem się tak pomylić…
– Edgar, spokojnie. – Alex zrobił gest, jakby chciał położyć dłoń na ramieniu menedżera, ale ostatecznie się z tego wycofał. – Nie, nie chciałem. Ani teraz, ani wtedy. Chodzi mi o to, że lubisz podejmować decyzje w emocjach. Federacja powinna o tym wiedzieć.
– Federacja. – Edgar wycedził to słowo przez zęby. – A Laura? Też powinna o tym wiedzieć?
– Twoja żona powinna znać prawdą – wzruszył ramionami Alex. – I lepiej, żeby poznała ją, zanim pozna ją federacja. Każdy ma wady, Edgar, ty przed swoimi też nie uciekniesz. Przemyśl to.

To powiedziawszy, odwrócił się i opuścił balkon. Petter ledwie zdążył uskoczyć w cień, kawałek dalej, żeby nie wpaść na kapitana. Akurat z nim nie miał ochoty teraz rozmawiać. Pewnie i tak niczego by się nie dowiedział.

Uchylił drzwi balkonu, wyślizgnął się na zewnątrz. Edgar stał oparty o barierkę, ze wzrokiem skierowanym gdzieś w dal. Jakiegokolwiek haka miał na niego kapitan reprezentacji, musiało to być coś, co uderzało w czułą strunę.
Byli zatem całkiem podobni, Petter i on…

– Chyba mamy do pogadania – oznajmił, podchodząc do balustrady i uważnie lustrując Ruttweisera. Edgar wzdrygnął się, spojrzał szybko na Lindmanna.
– Petter! Skąd się tu wziąłeś? – zapytał ochrypłym szeptem. – Wszystko słyszałeś, tak? – domyślił się najwyraźniej po minie Norwega. Ten skinął głową.
– Prawie wszystko – odparł chłodno. – A przynajmniej fragment o rybie. I dlatego uważam, że powinniśmy porozmawiać.

Edgar z rezygnacją oderwał się od barierki, po czym wraz z podopiecznym ruszył w stronę swojego pokoju. Droga do ostatnich drzwi po lewej stronie korytarza wydawała się nie kończyć. Szli we dwóch – Lindmann szybkim, sprężystym krokiem i z gromami w oczach; Ruttweiser zaś powoli, noga za nogą, doskonale wiedząc, że nie będą dyskutować o niczym przyjemnym. W ciągu kilkunastu godzin role zdążyły się odwrócić.

Dotarli wreszcie pod drzwi, a Edgar resztkami sił przekręcił klucz w zamku.
– Wyjaśnisz mi, co się stało? Co takiego ma na ciebie Alex? – oznajmił wojowniczo Petter, gdy już menedżer usadowił się w fotelu. Norweg nie usiadł.
Ruttweiser podniósł na niego zmęczone oczy.
– Co ja mam ci powiedzieć? – spytał cicho, poprawiając nerwowo rękawy. Jego dłonie drżały nieznacznie; to wystarczyło, by Petter nieco złagodniał.
– Prawdę – odparł, patrząc na niego uważnie. – Jesteś mi to chyba winien, co nie?
Oczy Edgara były mętne i szkliste.
– Prawda jest popieprzona. Ale wiesz co… jest tak popieprzona, że ci ją opowiem. Może sam zrozumiem, co się właśnie stało.
Petter usiadł powoli, wciąż ze splecionymi rękoma.
– Alex wspomniał, że będziesz się musiał z czegoś tłumaczyć federacji, więc uznajmy to za próbę generalną. Co miał na myśli, mówiąc, że zrobiłeś coś kiedyś z miłości? I co takiego?

Edgar uniósł wzrok.
– Musisz zaczynać od najtrudniejszego? – spytał z boleścią. Norweg nie odpowiedział. – No dobrze… – westchnął, po czym zaczął powoli – Z miłości zrobiłem, chyba, głupotę. Alex i ja… kiedyś byliśmy razem. Strasznie stara historia. On był juniorem, miał ogromne ambicje i chyba przez to mu nie wychodziło na torze, ja dopiero zaczynałem pracę w klubie w Kopenhadze, obaj byliśmy pogubieni. Nie wiem, co pomyliliśmy, co ja pomyliłem z miłością, ale przez trzy miesiące wydawało mi się, że ten… ta relacja ma sens. Załatwiłem mu miejsce w drużynie, bo wierzyłem w niego jak szalony. I miałem rację, że wierzyłem. – Uśmiechnął się blado. – Kiedy stał się pewny miejsca w składzie, zaczął wygrywać wszystko jak leci, więc coś dobrego z tego wyszło. Rozstaliśmy się… w nie najlepszych stosunkach. Ale potem życie potoczyło się dalej, ja już zapomniałem, Alex też. Obaj jesteśmy bi, co w sumie jest cholernie wygodne, bo w świecie szybkich motocykli jakoś trudno być gejem. Może dlatego Alex ma teraz dziewczynę. Ja mam Laurę, bo ją kocham, ale… – Wziął głęboki oddech. – Alex wie, że kiedyś zastanawiałem się, czy pociągają mnie kobiety, czy by nie spróbować… I dobrze się domyślił. Laura była tą próbą. A potem zrozumiałem, że mogę się zakochać i w mężczyźnie, i w kobiecie. Byłem dorosły, a pogubiłem się we własnych uczuciach jak kompletny szczeniak. Gdyby Laura się o tym dowiedziała… boję się, że uznałaby, że jest moją przykrywką. Bo tak łatwiej. A federacja? Sporo wniosków można wyciągnąć z sytuacji, w której junior załatwia sobie miejsce w składzie przez łóżko, prawda?

Petter potrzebował chwili, żeby to sobie uporządkować. Zaczynał rozumieć Edgara. Wiele osób w żużlu, i to nie tylko kibiców, pewnie większość starszego pokolenia, nie zaakceptowałoby biseksualnego trenera. Żona Ruttweisera mogłaby z sytuacji wysnuć mylne wnioski, tym bardziej, jeśli wcześniej nie powiedział jej o sobie całej prawdy. A już załatwianie składu kochankowi byłoby dla federacji znakomitym pretekstem do wywalenia Edgara na zbity pysk. A na czym on w życiu się znał poza żużlem? Kiedyś był zawodnikiem, potem został trenerem i menedżerem… Petter wątpił, czy ten facet w ogóle skończył szkołę średnią.
Alex oberwałby rykoszetem za ujawnienie ich stosunków, jasne. Tylko że Alex był liderem reprezentacji i najlepszym duńskim żużlowcem, a na miejsce Edgara znalazłoby się z pewnością kilku chętnych i kompetentnych.

Petter współczuł menedżerowi. Ale współczuł też sam sobie, że jest ofiarą rozgrywki, o której jeszcze godzinę temu nie miał pojęcia – i to egoistyczne współczucie wzięło górę.
– Aha. – Spróbował mówić bez emocji, ale głos i tak mu drgnął nawet na tym krótkim wtrąceniu. – Alex chciał się mnie pozbyć, a że to ty decydowałeś o składzie, postanowił, że cię zaszantażuje. To dlaczego wskoczyłem do drużyny na miejscu Halvora? Nie lepiej było mnie w ogóle nie brać pod uwagę?
– Trzy rzeczy – westchnął słabo Edgar. – Po pierwsze, naprawdę wierzę w twój talent. Po drugie – sam wiesz, że masz za sobą Tony’ego Sandera, a to nie jest człowiek, którego protegowanych się lekceważy. I po trzecie – wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że Alex zamierza wykorzystać nasz dawny… – umilkł na chwilę, jakby nie wiedział, jak to teraz nazywać – … naszą dawną znajomość do załatwiania swoich prywatnych interesów.

Naszą dawną znajomość. To brzmiało tak, jakby menedżer próbował wypierać się przed samym sobą własnych uczuć. Może chodziło o coś więcej niż załatwienie kochankowi miejsca w składzie? Może żonaty teraz Edgar nadal próbował zdefiniować swoją orientację, a Alex korzystał z jego niepewności?
Pettera rozbolała głowa od tych rozważań. Jakby to miało dla niego jakiekolwiek znaczenie…

– Naprawdę bardzo, bardzo przepraszam. Chociaż nie wiem, czy „przepraszam” cokolwiek tu zmieni – szepnął. – Ale zrozum, ja nie mogę sobie pozwolić na to, żeby stracić posadę i ukochaną kobietę za jednym zamachem! – jęknął, kryjąc twarz w dłoniach. Coś drgnęło w kamiennym dotąd sercu Pettera.
– Jej powinieneś powiedzieć prawdę – poradził, siląc się na życzliwość. – A federacji… No cóż, nie ma czego ukrywać. Poza tym, nie mogą cię chyba wywalić za coś, co zrobiłeś parę lat temu. Powinni być nawet… – przełknął ślinę, wiedząc, że wypowiedzenie następnych słów nie przyjdzie mu łatwo – … wdzięczni, bo poniekąd dzięki tobie utrzymał się w drużynie taki… – chciał powiedzieć „taki talent”, lecz określenie to nijak nie mogło mu przejść przez gardło – … ktoś taki jak Alex. I uwierz mi, to jego problem, nie twój.
– Dlaczego ty to właściwie mówisz? – spytał wprost, patrząc uważnie na Pettera.
– Co niby? – Teraz to Norweg wydawał się zdziwiony pytaniem menedżera.
– Dlaczego po tym wszystkim, co się stało i czego się dowiedziałeś, jeszcze mi doradzasz, jak powinienem postąpić?
Petter zbył to pytanie machnięciem ręki.
– Taki odruch – wyjaśnił. – A poza tym, jakoś muszę ci podziękować, że jednak nie zgodziłeś się mnie otruć „jakąś nieświeżą rybką” – zakończył z nieco krzywym uśmiechem na twarzy. Wyjaśnienie było satysfakcjonujące, jednak Edgar wciąż miał wrażenie, że w tym, co zrobił Petter nie było żadnych odruchów ani chłodnej kalkulacji.

A może najzwyczajniej w świecie Lindmann nie był kimś takim jak Alex.

Warszawa, 10-14 kwietnia 2008

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *