Historie prawdziwe, Wokół sportu

Mój żużlowy rok 2017 [część I]

Speedwayowi zawdzięczam naprawdę dużo – nie tylko inspirację do pisania i niezapomniane emocje, ale też wiele cennych znajomości, wspaniałych wspomnień i to, że zmienił mnie jako człowieka. 2017 rok był moim dwunastym rokiem z żużlem – i jednocześnie rokiem, który bardzo wiele w moich stosunkach z tym sportem poprzestawiał…

Bezpośrednio do napisania tego podsumowania zainspirował mnie analogiczny tekst Mateusza Dziopy na portalu Po Kredzie , tylko że u mnie będzie nie tylko o wyjazdach. Za to co łączy te dwa podsumowania to dużo historii o szansach, nadziei i pracoholizmie.

Mój żużlowy rok 2017 zaczął się jeszcze na długo przed sezonem. Właściwie to zaczął się jeszcze w roku 2016, kiedy jeden z ówczesnych działaczy fundacji DW#43 rzucił hasło „pomożemy ci z książką, będzie więcej zysku dla potrzebujących”. A ja, pełna zapału i uporu, stwierdziłam, że po co robić reedycję Czarnej książki, napiszę coś zupełnie nowego. Miałam już kilka opowiadań, które powyrastały na gruzach po Czarnej albo się do niej nie zmieściły, i masę pomysłów. Tak wyszło, że pierwszy żużlowy mecz w nowym roku dopadł mnie pierwszego stycznia – było to fikcyjne spotkanie Włókniarza Częstochowa i Wandy Kraków, które sama rozpisywałam na potrzeby opowiadania Cudza wojna. Byłam bardzo zdeterminowana, żeby drugą antologię skończyć jeszcze w styczniu, więc potem poleciały kolejne teksty. I wielka żużlowa machina jakoś się rozkręciła…

Połowa stycznia. Wtorek. Jestem po dwóch zajęciach ze studentami, semestr się kończy, czekam na superwizorkę. Dzwoni dziennikarz ze strony internetowej Eurosportu. „Ma pani chwilę, żeby porozmawiać o żużlu?” Gdyby Świadkowie Jehowy tak zaczynali znajomość, już dawno zmieniłabym wyznanie.

Ta okładka śni mi się już po nocach. Ale nadal ją uwielbiam!

Luty. Czarna książka. Zostać mistrzem leci do redakcji i korekty. Na boku dokańczam powieść z Żużlowersum, której tym razem jestem współautorką. Spotykam się z ludźmi z Fundacji na kolacji, omawiamy wielkie plany na drugą Czarną, jestem w niebie – z lokalu wychodzimy jakoś przed samym zamknięciem. Mam w głowie pełno planów i projektów. Na fali żużlowego entuzjazmu zapisuję się na wolontariuszkę na World Games we Wrocławiu, bo przecież będzie tam speedway. Mogę nawet Olimpijski zamiatać, a co!

Marzec. W sprawach Czarnej… cisza i to mnie trochę niepokoi. Planowaliśmy premierę na 2 kwietnia, ale w moim życiu mało co jest punktualne (tylko autobusy, kiedy akurat dobiegam na przystanek spóźniona). Jadę do Torunia na Speedway Best Pairs, ale moje zdrowie postanawia ze mnie zakpić i na stadion nie docieram. I bardzo dobrze – mogę na żywo usłyszeć, jak Jakub Pieczatowski na antenie Eurosportu wspomina o mojej książce. Pierwszy komentator żużla, jakiego w życiu usłyszałam (serio! Mój żużel zaczął się od eurosportowej powtórki Grand Prix w Eskilstunie 2005!), zachęca do przeczytania mojej pierwszej wydanej książki. Jestem w niebie i nie ma rzeczy niemożliwych.
Koniec miesiąca zbiega się z końcem przeprowadzki. Ostatniego marcowego popołudnia zwlekam się z łóżka i idę do galerii handlowej kupić nowy mop… i wpadam prosto na prezentację Startu Gniezno. Mało tego, niechcący wygrywam bilet na turniej Back in Town o Koronę Chrobrego (czy jakkolwiek to połączyć). Wychodzę z biletem z prezentacji i idę spać. Budzi mnie SMS od mojej lepszej połówki, że szukał mnie na prezentacji Startu, nie znalazł, ale za to wygrał bilet na Best Pairs w Gnieźnie. Już wiemy, że ten sezon będzie dobry.

Kwiecień. Do premiery Czarnej nie dochodzi, ale wciąż wierzę, że uda się ją zorganizować przed moimi urodzinami. Kupujemy bilety do Daugavpils – Grand Prix Łotwy zbiega się w czasie z rocznicą moich pierwszych żużli, takiej okazji nie można przepuścić. Podczas zbiorowego oglądania Grand Prix Słowenii ktoś mnie pyta, czy interesuję się żużlem, czy żużlowcami – i co tu odpowiedzieć? Zawsze bardziej mnie interesowało kibicowanie zawodnikom niż abstrakcyjnym ideom, a oglądanie sportu dla samego sportu jest pokłosiem kibicowania konkretnym osobom. Tak, wiem, że nie o to było pytanie.

Piękna oprawa na Grand Prix Polski na Narodowym.

Maj. Próbuję się dogadać z Fundacją, ale nie tylko ja mam w życiu zakręcony czas. Co weekend ląduję na żużlu – jak nie druga liga, to Grand Prix. Odkrywam uroki żużla bliskiego zasięgu na poznańskim Golęcinie. Ukoronowaniem maja jest wyjazd na Łotwę. Spędzamy noc w przesyconym odorem piwa autokarze do Kowna, w Kownie próbuje dogadać się nie-po-litewsku… Do Daugavpils docieramy pod wieczór, po czym okazuje się, że… w hotelu, który rezerwowaliśmy i opłacaliśmy w kwietniu, nie ma dla nas miejsca! Po długich i nader ekspresywnych negocjacjach, do których wykorzystuję wszystkie lata praktycznej nauki rosyjskiego, udaje nam się zatrzymać w hotelu na jedną noc. Następnego dnia zmieniamy naszą przystań na droższą i położoną przy samym stadionie – jedyny wolny pokój. Legenda (podsycana przez recepcjonistkę) głosi, że dostajemy go w spadku po kontuzjowanym Nickim Pedersenie. Historia po raz kolejny zatacza koło – śpię w pokoju, który miał zajmować mój ulubiony żużlowiec.
A samo Daugavpils? Poświęcam mu felieton , który okazuje się moim powrotem do dziennikarskiego biznesu po pięciu latach, kiedy o żużlu pisywałam sporadycznie. W dłuższej perspektywie od zbioru refleksji po żużlu na Łotwie zaczyna się nowe życie cyklu Babskim Okiem.

Polski akcent w Daugavpils. Jeden z wielu, by być dokładnym.

Czerwiec. Na żużlu tylko bywam, Ekstraligę obserwuję jednym okiem, powoli godzę się z tym, że bez pomocy z zewnątrz nie wydamy z Fundacją Zostać mistrzem. Przez pół miesiąca piszę do wszystkich świętych z prośbą o pomoc, przedstawiam projekt, zestawiam kosztorysy. Przez drugie pół też robię coś związanego poniekąd z żużlem – na zlecenie pewnego wydawnictwa piszę Encyklopedię sportów motorowych XXI wieku. Premiera już wkrótce!

A to już DPŚ. Tę historię zostawiam jednak na następny raz.

Lipiec. Zaczyna się DPŚ – wtedy jeszcze nie wiemy, że prawdopodobnie ostatni w formule corocznego turnieju. Podczas półfinału w Szwecji ryczę przy oglądaniu żużla pierwszy raz od Grand Prix w Göteborgu 2013*. Ze wzruszenia, gdy reprezentacja Łotwy wyrzuca Duńczyków z barażu. Ja przecież tyle wiem o kulisach tej reprezentacji – o chłopcach, którzy za własne pieniądze jechali przez pół Europy, bez rezerwowego, bo na niego ich nie było stać, o bandzie młodziaków z jednego klubu (tego zawsze niedokochanego przez polską ligę), którzy po prostu chcą spełniać marzenia. Taką historię mogło napisać tylko życie.
To zdanie będę powtarzać w lipcu jeszcze wiele razy…

*To Grand Prix zawsze pojawia się w mojej narracji obok hasła „ryczę na żużlu”. Jeśli nie domyślacie się, dlaczego, to prawdopodobnie macie szczęście – nie jesteście obciążeni ponurymi wspomnieniami Podium Kataklizmów.

CIĄG DALSZY (I PIĘKNIEJSZY) NASTĄPI

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *