Historie prawdziwe, Wokół sportu

Mój żużlowy rok 2017 [część II]

 

Lipiec. DPŚ. Drugi raz płaczę przed barażem. Już na stadionie dociera do mnie wiadomość o wpadce dopingowej Łaguty. Niedowierzam. Cios w samo sece – zawodnik, którego kiedyś nie znosiłam, a potem równie mocno polubiłam, zawieszony. Co dalej z reprezentacją Rosji, za którą ściskałam kciuki**? Co dalej z DPŚ 2017? Co postanowi FIM?
FIM postanawia – jedziemy. A ja już w nic nie wierzę. I w efekcie płaczę jeszcze raz, ale tym razem z euforycznej radości, kiedy żużel daje mi kolejną wielką niespodziankę. Zdzieram sobie gardło tak, że na finale stadion musi śpiewać za mnie. Na szczęście stadion nie zawodzi i jego doping – jakże to niefortunnie brzmi po barażu! – niesie Polaków do zwycięstwa. To nie cud, to było w planach, ale ciepło na sercu pozostaje. Gdzieś w międzyczasie wciskam Piotrowi Pawlickiemu egzemplarz Czarnej, ale nie wiem, czy nie gubi jej tego samego wieczoru.

Andriej Kudriaszow chyba uważa, że wolontariusze byli fajni. Taką mamy nadzieję 🙂

Nadal lipiec. Opadają emocje po DPŚ, ale nie po sprawie Łaguty. Szukam sprawdzonych informacji – i wracam, córka marnotrawna, na Rosyjskie Forum Żużlowe. I nagle uderza mnie, jak bardzo informacje, które czytam w polskich źródłach, są niedokładne, bo ktoś czegoś niedotłumaczył albo tłumaczył translatorem Google. Na forum moje drogi krzyżują się z menedżerem Rosjan, Andriejem Sawinem, pojawia się koncepcja wywiadu. W końcu o kulisach rosyjskiej kadry narodowej polski kibic wie tak mało… Umawiamy się z Sawinem na rozmowę podczas World Games. Wprawdzie jestem wolontariuszką, ale tylko na stadionie, liczę, że po treningu i przed zawodami będę mieć trochę wolnego.
Z trzech tygodni między DPŚ a World Games pamiętam oderwane fragmenty, i to fragmenty zgoła kuriozalne. Sawin prosi o pomoc z dokumentami dla organizatorów World Games i uściśleniem kilku informacji. Dwa dni spędzam na dzwonieniu po wszystkich świętych w sprawie przepustek, noclegów, wyżywienia i samolotów. Okazuje się, że jako jedyna wśród wolontariuszy pracujących przy żużlu znam rosyjski na tyle, żeby stać się pomostem między organizatorami a reprezentacją Rosji.
…Muszę wam się do czegoś przyznać. Strasznie chciałam mieć moje „wielkie wejście” na World Games. Chociaż przez minutę robić coś ważnego. Wyobrażałam sobie nawet, jeszcze przed DPŚ, sytuację typu: Rosja zajmuje miejsce medalowe, trwa konferencja, zagraniczny dziennikarz pyta o coś Grigorija Łagutę, a tu zonk, bo Grisza najlepiej mówi jednak po rosyjsku. I wtedy wchodzę ja, cała na biało… Uważajcie na marzenia, potrafią się spełnić w przewrotny sposób. Bo miałam nie minutę, a pięć, ale z tą „całą na biało” to mi nie wyszło…
Przed World Games piję walerianę. Hektolitrami. Sporządzam harmonogramy przyjazdu zawodników. Odpowiadam na pytania. Odbieram telefony o dziwnych porach. Piszę maile, tony maili. Kiedy w końcu trafiam na wrocławskie lotnisko, skąd mam odebrać Andrieja Sawina, czuję, że to wszystko jest trochę nierealne. I omal nie zapominam, że tak właściwie miałam z nim przeprowadzić wywiad.

Wszyscy wiedzą, że ludzie żużla są normalni. Żadne tam gwiazdy, tylko fajne, równe osoby, z którymi można tak normalnie siąść i pogadać. Ale co innego wiedzieć, a co innego doświadczyć. Kiedy Antonio Lindbäck wita się z tobą entuzjastycznie, jakbyście się od wieków znali, bo stoisz w towarzystwie ludzi, których on zna, więc jasne, że jesteś z żużlowej rodziny. Kiedy dołączasz do dyskusji mechaników, która szybko przestaje być dyskusją wyłącznie o silnikach (chociaż silniki są fascynującym tematem!). Kiedy widzisz Iversena odjeżdżającego jednym busem ze Szwedami i żartujesz, że zmienia barwy po DPŚ, a siedzący za tobą Neil Middleditch się z tego żartu śmieje. Kiedy nie wpuszczają cię ze sportowcami do stołówki, więc czekasz na zewnątrz, aż zjedzą obiad, a oni wychodzą z tego obiadu z naręczem owoców, bo „na pewno zgłodniałaś od czekania”.
Dwa dni żużla na WG – trening i zawody – to bajka. Poznaję masę fantastycznych ludzi. Faktycznie robię coś sensownego. Jestem tłumaczką i podręczną pomocą w sprawach wszelakich. Żartuję z Markiem Cieślakiem. Zwiedzam Stadion Olimpijski. Ślinię się do motocykla Andrieja Kudriaszowa. Wyczarowuję toalety. Robię wywiad, który potem pójdzie w „Tygodniku Żużlowym” w trzech częściach. A po turnieju w środku nocy próbuję ułożyć wydarzenia ostatnich dni w akademiku wrocławskiej Politechniki w towarzystwie team attaché reprezentacji Australii. Ona czeka na taksówkę dla Marka Lemona, ja czekam na moją własną. Wracam do domu nad ranem w stanie absolutnej euforii. Zawody się udały, wszyscy pomyślnie je przetrwali, nic się nie zawaliło.
Po World Games przesypiam kolejne dwa dni i mam bardzo dobre sny.

Po drodze na stadion w Gdańsku spotkałam Henryka Żytę.

Sierpień. Nadal walczę o Czarną, ale poza tym walczę też o coś nowego – o prawdę o kłopotach Lokomotivu Daugavpils. W mediach podają, że Łotysze jeżdżą juniorskim składem, bo obrazili się na ligę, a to wcale nie tak! Przez cały miesiąc żyję jak na szpilkach, piszę artykuły, tłumaczę ludziom to, czego sama się dowiedziałam. Zaczynam jeszcze głębiej gardzić polityką i politykami mieszającymi się do spraw sportu. W „Tygodniku Żużlowym” ukazuje się kilka moich tekstów i mogę już z całą pewnością powiedzieć – wróciłam. Tego potrzebowałam. Siedem lat po debiucie w tym czasopiśmie znów widzę na papierze rzeczy podpisane moim nazwiskiem, ale teraz to już nie są wywiadziki, które mógłby przeprowadzić każdy. Moje wykształcenie spotyka się z żużlem. Jestem zmęczona i szczęśliwa.
W połowie miesiąca jak na skrzydłach lecę – pociągiem, ma się rozumieć – do Gdańska, żeby pokazać mojej graficzce Roksanie prawdziwy żużel. Wybór padł na IMME, tyle dobrych nazwisk! Zawody są nudne, na stadionie jest ciemno, ale my i tak świetnie się bawimy. W ramach pokazywania żużla z bliska zabieram ją na sesję autografów i niechcący doprowadzam do pojednania gorzowsko-zielonogórskiego w osobie Patryka Dudka i Bartosza Zmarzlika podpisujących się na jednej kartce. Przy okazji po kilku wymienionych mailach i smsach w końcu poznaję osobiście Michała Korościela i po raz kolejny czuję przynależność do żużlowej rodziny. Roksana też z miejsca staje się jej częścią, bo po dwóch biegach już wie, komu kibicować i śmieje się z dowcipu, jakoby Artiom Łaguta jeździł na głowicach nuklearnych.
Jadę na mecz Leszna z Rybnikiem, który tak naprawdę jest przesądzony jeszcze przed zawodami, ale dobrze znów poczuć ten zapach. Pierwszy raz w życiu oglądam w telewizji Grand Prix w Gorzowie – wcześniej zawsze zbiegało się z wyjazdem na urlop.

Wrzesień. Wracając z urlopu, w autokarze relacjonuję połowie wycieczki półfinały Ekstraligi. Sama mam relację live sms prosto od przyjaciółki, wraz z komentarzami okołotorowymi. Zdarza się kolejny cud tego żużlowego roku – jak inaczej nazwać fakt, że te teoretycznie słabsze drużyny dostają się do finału? Sparta Wrocław i Unia Leszno mają znowu stanąć naprzeciwko siebie w walce o złoto, jak w 2015. Jako neofityczna fanka Unii bardzo chcę być choćby na jednym meczu finałowym, ale los decyduje inaczej. Kiedy Leszno zapala w sercach kibiców ognik nadziei, ja akurat wracam z finału drugiej ligi. W euforii – Gniezno wraca w pierwszoligowe szeregi, Mirek Jabłoński przemawia do kibiców zachrypniętym z emocji głosem, wszyscy na stadionie marzą o tabletkach na serce. Kolejny mecz w sezonie okazał się thrillerem do ostatniego biegu.
Takim samym thrillerem będzie rewanżowy finał Ekstraligi, ale ja zobaczę go tylko jednym okiem. Dzień wcześniej lądujemy na Grand Prix w Sztokholmie. Śpimy na lotnisku (albo i nie śpimy w ogóle), cały dzień chodzimy po stolicy Szwecji, na stadion praktycznie się czołgam z uszkodzonym kolanem… Zarzekam się, że nigdy więcej Szwecji. Program kosztujący sto koron (czyli około pięćdziesięciu złotych) jest gwoździem do trumny. Grand Prix poprawia humor – wreszcie jest ściganie, nietypowa atmosfera, Szwedzi mruczą swój hymn i odzywają się głośno dopiero przy ostatnim wersie. Gra dobra muzyka. Wyścigi wciągają. Splecione szaliki – polski i rosyjski – wywołują wśród naszych sąsiadów zachwyt. W takich warunkach można nawet wybaczyć ogólną drożyznę.
Po Grand Prix jest już mniej wesoło. O północy zamykają dworzec autobusowy i na bus na lotnisko (o 3:30) musimy czekać w okolicznym fastfoodzie. Walcząc ze snem, przeglądam internet i angażuję się w gorącą debatę o przyszłości rosyjskiego żużla. Później debata przerodzi się w wywiad z Denisem Sajfutdinowem przeprowadzany o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Efekty – na Po Kredzie.

Miasto, w którym znajduje się Friends Arena, nie było zbyt przyjazne, ale sam stadion warto zobaczyć.

W każdym razie ze Sztokholmu wracamy po dwóch nieprzespanych nocach. W samolocie śpię. W drodze lądowej do domu – śpię. Kiedy Ziemowit budzi mnie na finał Ekstraligi, oznajmiam „daj spokój, i tak Sparta wygra. Ja śpię”.
Ale żużel wygrywa ze spaniem, a po siódmym biegu zapominam, że kiedykolwiek byłam senna. Nie pijam kawy – kiedy brakuje mi energii, włączam jakąś dobrą powtórkę. Metanol jest moją własną kofeiną.

Październik-Grudzień. Sen się skończył. Resztki sezonu śledzę, miotając się między jedną pracą a drugą. Pojawia się nowa nadzieja na wydanie Czarnej książki. Zostać mistrzem, ale żeby ją wykorzystać, potrzebuję maksymalnej koncentracji. Schodzę do podziemia z obietnicą, że wyjdę stamtąd w Nowy Rok i przypomnę, że baby też mogą mówić o żużlu.

Urodziłam się w rodzinie z bogatymi tradycjami akademickimi i zerową tradycją kibicowską. Moje studia nie miały nic wspólnego ze speedwayem. W moim doktoracie nie pojawi się słowo żużel. Może przyszłam z innego świata – ale nie trzeba być biologiem, żeby odczuwać biologię życia i nie trzeba być chemikiem, żeby wdychać tlen.
Jestem z innej bajki, ale moje życie bez żużla byłoby puste.

**Ja wiem, że może w wielu miejscach w Polsce wyznanie, że się kibicuje Rosji, to towarzyska gafa, ale wierzę, że środowisko żużlowe jest ponad to. Zresztą – mam w mediach społecznościowych fotki w rosyjskim szaliku, nie ucieknę od tego.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *