Czarna Książka, Opowiadania

Tak się nie robi [część I]

„Ci, którzy umierali, byli zazwyczaj znani z widzenia, drugoligowcy orbitujący na peryferiach wielkiego sportu. Ginęli, bo brakowało im umiejętności albo szczęścia, albo jednego i drugiego, i upadali tak niefortunnie, że już nic nie dało się zrobić.”

Słowo od autorki: Od premiery „Czarnej książki. Zostać mistrzem” minął miesiąc. To dość, by wyciągnąć pierwsze wnioski – a pierwsze wnioski są takie, że czytelników, nawet tych, którzy nie mieli kontaktu z poprzednią książką, najbardziej poruszyło krótkie „Życie Po”. Tekst ten powstał jako bonusowa opowieść do pierwszej „Czarnej książki”, jako rozwinięcie ostatniego opowiadania – „Tak się nie robi”. Dla tych, którzy „Czarnej książki” nie czytali, przedstawiam historię, której kontynuacją był wywiad Lindmanna w „Życiu Po”.

Tak się nie robi

Bydgoszcz – Toruń, październik 2014

Na początku odeszła Polina. Artiom bardzo to przeżywał i gdyby nie starania menedżera, zakopałby się pod kołdrą z komputerem i zapasem gier na miesiąc. Nie miał ochoty wychodzić do świata, widzieć radosnych ludzi, kiedy sam był głęboko nieszczęśliwy. Zdarzały się chwile, gdy nie chciał nawet żyć, albo też raczej – gdy życie stawało mu się najzupełniej obojętne. Kiedy już bywał w domu, starał się nie przyjmować gości, ale goście przyjmowali się sami, za nic mając cierpienia Artioma.

Szczególnie namolna była Ada, panna zaledwie siedemnastoletnia, puszczona samopas w dalekie strony. Ada powinna była zajmować się własną karierą, lecz zamiast tego zajmowała się karierą Artioma, nalotami na jego bydgoskie mieszkanie i powtarzaniem, że Polina sama wybrała i, ma się rozumieć, wybrała źle. Nawet Jeffrey, najbardziej stanowczy wśród menedżerów, nie tylko tolerował obecność Ady, ale uważał ją wręcz za pożyteczną. Jeffrey, który dotąd ustawicznie utyskiwał na życie towarzyskie podopiecznego i marzył, aby tego życia nie było w ogóle, a Artiom skupił się wyłącznie na jeździe na żużlu, ten sam Jeffrey teraz swoim własnym kluczem otwierał gościom podwoje Artiomowego mieszkania. Sam żużlowiec jak nigdy potrzebował samotności, ale jego potrzeb nikt nie uwzględniał.

Aż któregoś dnia marzenie Artioma się spełniło – obudził się zupełnie sam w pustym domu.

Był czwartkowy ranek. Padał deszcz, nie ulewny, a zwykła jesienna mżaweczka. Zza pociętego strugami okna wyglądał widok na osiedle, porozrzucane w różnych konfiguracjach żółte bloki, kolorowe plamki samochodów między nimi, gęstą siatkę domów i domków w oddali, tam gdzie bliżej było centrum niż zacisznego Osiedla Leśnego. Październik zmienił zielone liście w żółte i czerwone, a część z nich zdążyła już opaść na usiane kałużami ulice. Pogoda nie zachęcała do wychodzenia z domu i Artiom tym bardziej poczuł przemożną chęć zabarykadowania się w mieszkaniu. Zmęczył się ludzką obecnością i hałasem, wyjątkowo wolał towarzystwo gier. Zjadł śniadanie złożone z wygrzebanej z szafy bułki i znalezionych w lodówce pomidorów, a potem poszedł grać w Wiedźmina. Fantastyczna rzeczywistość była o niebo przyjemniejsza od tego, co czaiło się za drzwiami. Wirtualny świat skutecznie zagłuszał te myśli, których nie potrafiła zagłuszyć ani Ada, ani Jeffrey, ani zgiełk w parku maszyn.

Z całego trzypokojowego mieszkania Artiom najbardziej lubił pokój gier, obstawiony konsolami i regałami pełnymi płyt. Panował tam wieczny bałagan, ale dzięki temu widać było, że ktoś tam mieszka, a nie tylko bywa. Porządek reszty domu, związany z rzadkimi wizytami właściciela, wzbudzał raczej niepokój. Gdyby nie warstwa kurzu na komodzie w salonie, można by pomyśleć, że to wnętrze z katalogu, mieszkanie wiecznie do wynajęcia. Widać było, że to nie Artiom wybierał wyposażenie swojej polskiej kwatery. Był wtedy młody i było mu wszystko jedno, a właściwie to podobało mu się, że urządzone przez Jeffreya lokum wygląda tak nowocześnie. Podobała mu się odmiana od rosyjskiego domu, wypełnionego antykami, dużymi, ciężkimi meblami, zdawałoby się, bez przestrzeni do oddychania. Tutaj wyposażenie sprawiało wrażenie lekkiego, jasnego, wesołego. Tylko że designerskie meble miały wszystko oprócz duszy. Dopiero po jakimś czasie Artiom, który przywykł do domu pełnego ludzi, a co za tym idzie – i śladów ludzkiej

obecności, zrozumiał, że nie przepada za mieszkaniem przy ulicy Sułkowskiego i stara się tam bywać jak najrzadziej. Zazwyczaj między kwietniem a październikiem nie było to takie trudne, a zimował i tak w rodzinnym domu w Saławacie, domu przez niego i jego czternastoletnią siostrę nazywanym żartobliwie Kaer Morhen.

Wiedźmin Geralt zdążył się, po raz kolejny w życiu Artioma, znaleźć w obozie króla Foltesta, kiedy w zamku drzwi wejściowych zachrobotał klucz.

– Dlaczego nie odbierasz telefonu? – zaczął od progu Jeffrey, nie zawracając sobie głowy powitaniem. Artiom nawet nie wyszedł z pokoju.
– Bo nie – zakomunikował przez drzwi. Nie miał ochoty na wyjaśnienia. Kto jak kto, ale Jeffrey Parker, mechanik i menedżer z gigantycznym stażem w środowisku żużlowym, musiał wiedzieć, że nawet najlepszy zawodnik od czasu do czasu potrzebuje się odciąć od całego świata. – Nie chcę z nikim rozmawiać i chyba mam dziś wolne, sam mówiłeś.

Jednak spauzował grę i kątem oka obserwował Jeffreya stojącego w progu pokoju. Pedantyczny Szkot nie lubił tego pomieszczenia i wyraźnie nie wiedział, jak się w nim zachowywać, zupełnie jakby w mózgu nagle brakowało mu skryptów. Kompania Artioma wymyśliła swego czasu, że jego menedżer jest cyborgiem, co tłumaczyłoby nieludzką odporność Jeffreya na warunki zewnętrzne i to, że nigdy nie chorował. W rzadkich przerwach w środku sezonu, które kończyły się maratonem w ulubionego ostatnio Wiedźmina, Artiom widział w swoim menedżerze raczej kikimorę, która nie wiadomo kiedy wyskakuje ze swojego gniazda i jest nie tyle szkodliwa, co nadmiernie upierdliwa.

Jeffrey stał w progu, Artiom udawał, że wcale go nie obserwuje, i tak trwali przez dłuższą chwilę, a z głośników sączyła się muzyka z gry. W takich warunkach do umysłu dobijały się zbyt świeże i zbyt bolesne wspomnienia.

– Masz wolne, tak… – zaczął wreszcie Jeffrey z pewnym wahaniem. Śmiesznie wyglądała niepewność na jego jakby wyciosanej z drewna twarzy o ostrych, surowych rysach. – Ale liczyłem, że gdzieś pójdziesz, coś ze sobą zrobisz. Nawet napiszesz coś sensownego na Facebooku, kibice czekają.
– Czekają, jasne – sarknął Artiom. – Jeff, nie chcę wchodzić do netu. Nie dzisiaj. Wiem, że tam jest piekło, i chciałbym chociaż na jeden dzień się od tego piekła odciąć. Potrzebuję spokoju.
– Potrzebujesz zajęcia. – Jeffrey niepewnie usiadł w fotelu, którego połowę zajmowały złożone w stos bluzy. W koszuli bez jednego zagniecenia i dżinsach prosto ze sklepu nigdzie nie mógłby wyglądać bardziej nie na miejscu. – Artiom, ja cię przecież znam. Zadręczasz się teraz zupełnie bezsensownie. Taki jest żużel. Taki jest sport.

Artiom odwrócił wzrok. Za oknem królowały ciężkie, ciemne chmury, spomiędzy których z trudem przebijały się nikłe promienie słońca. Październik nadciągnął nad północną Polskę wraz z całym ciężarem jesiennej aury. Było szaro, wilgotno i nieprzyjemnie, i Artiom nie miał żadnych wyrzutów sumienia, że tego dnia nie zamierza się ruszać za próg.
Celowo czy nie, Jeffrey przywołał bolesne obrazy z wtorkowego wieczoru.

…Finałowy mecz Elitserien, przekładany z racji pogody, w końcu dochodzi do skutku. Starcie Rospiggarny Hallstavik ze Smederną Eskilstuna oglądają nieliczni kibice, większość stwierdziła zapewne, że po raz kolejny będzie świadkiem walki z bagnem zamiast toru, a nie ścigania na najwyższym poziomie. Sędzia decyduje: jedziemy. Tor jest wilgotny i zdradliwy, a Artiom roztargniony. Wyjeżdża do biegu, ale głowę ma gdzie indziej, w Bydgoszczy, a może jeszcze dalej, w Moskwie, dokąd już pewnie dotarła Polina. Nie widzi publiczności ani rywali. Nie widzi też dziury, w którą wpada na odkręconym do maksimum gazie. Siła odśrodkowa wyrzuca go na zewnętrzną, ale tam, pod bandą, próbuje się rozpędzać inny zawodnik. I z początku Artiom nawet nie wie, co zrobił i komu zrobił. Sam jest oszołomiony, ale odmawia wejścia do karetki. Dopiero potem, przy akompaniamencie ogłuszających gwizdów, dowie się, że staranował byłego mistrza świata, że Nowozelandczyk Ruthford upadł tak nieszczęśliwie, iż wylądował tam, gdzie nie ma już dmuchanej bandy…

Artiom wzdrygnął się, próbując odpędzić niechciane wspomnienia. Wiedział, że rozpamiętywanie wypadku Davey’ego Ruthforda nic nie zmieni ani w stanie Nowozelandczyka, ani w nastawieniu kibiców. Kibice już znaleźli winnego i w większości twierdzili, że Artiom umyślnie sfaulował rywala. Powstała cała teoria spiskowa: gorzej w ostatnim czasie jeżdżący zawodnik Smederny, Artiom Milutin, został oddelegowany do wyeliminowania – w jak najbardziej dosłownym sensie – gwiazdy gości. Zadanie wykonał iście spektakularnie, Ruthford bowiem nie tylko nie był już zdolny do jazdy, ale wylądował w szpitalu z ciężkim urazem głowy. Artiom nie wiedział, w jakim stanie jest rywal – bał się sprawdzać informacje w mediach, a zadzwonić do narzeczonej Ruthforda – to już nie mieściło mu się w głowie. Wiedział, z jaką reakcją by się spotkał.

– Artiom?

Jeffrey nadal siedział w fotelu, z rękoma skrzyżowanymi za głową. Jego surowa twarz była częściowo skryta w półmroku pokoju, a częściowo wystawiona na światło przebijającego się przez chmury słońca. Dawało to cokolwiek demoniczny efekt, ale Artiom przywykł, że menedżer czasem straszy samą swoją fizjonomią i nie zwracał już na to większej uwagi. O wiele bardziej martwiło go, że Jeffrey wymagał aktywności, a kiedy Jeffrey czegoś wymagał, zazwyczaj należało mu to dostarczyć.

– Co mam zrobić? – zapytał z rezygnacją.
– Na dobry początek doprowadź się do stanu używalności i zadzwoń do kogoś.
– Do Ady?

Artiom nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że Ada właśnie trenuje z „wujkiem Torpedą”, czyli genialnym Iwanem Romanowem, więc nie odbierze telefonu. Artiom miałby spokój i czyste sumienie – przecież próbował.

– Ta panna ma pstro w głowie – skrzywił się Jeffrey. Doceniał fakt, że ojciec Adeliny był ikoną rosyjskiego żużla, doceniał nawet starania dziewczyny, by pójść w ślady sławnego rodzica i kontynuować rodowe tradycje, ale nie lubił jej hałaśliwego sposobu bycia. – Siedziała tu trzy dni i nic to nie dało. Zadzwoń do Emila, on też ma dzisiaj wolne.

Zwany Emilem Jermołaj Czepałow był rówieśnikiem Artioma i też żużlowcem. Ich kariery przebiegały zupełnie różnymi torami, chociaż często zdarzało się, że jeździli w tym samym zespole – najpierw w Polsce, potem dopiero w rodzimej lidze rosyjskiej, wreszcie w Szwecji. W tym sezonie na torze tworzyli drużynę tylko w reprezentacji, przez kilka zaledwie wieczorów, i podczas pokazowych zawodów par przed miesiącem. Jednak poza torem byli nierozłączni jak bliźnięta syjamskie. Mieli wspólne tematy, od sportu po gry, a po sezonie we trójkę – bo jeszcze z Adą – lecieli do Moskwy bawić się, jeździć na motocrossie i wydawać kasę, której wszyscy mieli pod dostatkiem.

Artiom wiedział, że po zakończeniu tego sezonu do żadnej Moskwy nie poleci. W Moskwie mieszkała Polina i to miasto, chociaż wielkie, było nią przesiąknięte: ich miejscami, ich życiem, ich związkiem, który zaczął się właściwie jeszcze zanim Artiom dorósł do związków.

Emil mieszkał w Toruniu, podobnie jak Artiom w dzielnicy emerytów i dresiarzy, nazwanej w dodatku niefortunnie Bydgoskim Przedmieściem. Ze stacji Bydgoszcz Leśna do Torunia była niecała godzina drogi pociągiem i obaj młodzi żużlowcy korzystali z tego faktu, ilekroć akurat stacjonowali na miejscu. Teraz jednak niespełna sześćdziesiąt kilometrów wydawało się dystansem nie do przebycia, Emila zaś dopadło typowo październikowe przeziębienie i Artiom wolał go nie wyciągać z domu w ten deszcz.

Inna sprawa, że Czepałow rzadko mógł usiedzieć na miejscu nawet kiedy złamał nogę, cóż dopiero mówić o zwykłym przeziębieniu.

– Zadzwoń do Emila – powtórzył Jeffrey, najwyraźniej zniecierpliwiony brakiem reakcji. – Zróbcie coś, na co nie macie czasu w sezonie.
– Nie wiem, jak Emil, ale ja to właśnie robię – spróbował jeszcze Artiom, chociaż wiedział, że walka z menedżerem jest z góry skazana na porażkę. – Gram. Zabijanie potworów jest fajne.
Jeffrey milczał przez chwilę. Wstał i podszedł do okna, które było nieziemsko brudne, ale w tym deszczu i tak nie dało się tego zauważyć.
– Potwory masz tam. – Wskazał głową za szybę. – Mało ci?
– Nie. Aż nadto.
– Rozerwij się przed jutrem – polecił Jeffrey i zrobił to takim tonem, że Artiom wiedział: menedżerowi wcale nie chodzi o trening przed Grand Prix w Toruniu.

*

W czwartek w południe pociąg był praktycznie pusty. Na niewygodnych siedzeniach w bezprzedziałowym wagonie oprócz niego siedziało dwóch podstarzałych grzybiarzy. Artiom naciągnął kaptur na głowę, żeby ukryć twarz, na wypadek gdyby tych dwóch interesowało się żużlem. Oni jednak rozmawiali o czymś innym, najpewniej o grzybach. Po siedmiu latach jazdy w Ekstralidze chłopak porozumiewał się po polsku płynnie, ale kiedy przychodziło do tak specjalistycznych konwersacji i dziesiątek nieznajomych nazw, głupiał i przestawał rozumieć cokolwiek. Dlatego zawsze imponował mu Jeffrey, który po polsku umiał się wypowiadać na każdy temat, od specyfiki motocykla żużlowego po globalne ocieplenie, chociaż jego ojczysty język tak bardzo przecież odbiegał od szeleszczącej polszczyzny. Jedynym, co zdradzało narodowość menedżera, był silny akcent, którego Jeffrey nie pozbył się przez lata.

Grzybiarze dyskutowali zawzięcie, pokazując sobie wzajemnie zawartość ogromnych koszy, a Artiom wcisnął do uszu słuchawki i spróbował się skupić na muzyce. Jak na ironię odtwarzacz natychmiast wylosował mu Piosenkę o nieboszczykach Wysockiego. Chłopak wzdrygnął się i szybko przełączył utwór.

Nigdy nie myślał o śmierci, chociaż ona była gdzieś w pobliżu. Kiedy zawodowo ryzykuje się życiem, trudno uniknąć jej oddechu na plecach. Ale jeszcze trudniej byłoby żyć ze strachem przed śmiercią, więc Artiom – podobnie jak większość żużlowców – na co dzień po prostu ją ignorował. Czasem na torze zdarzały się poważne wypadki i ktoś, kogo Artiom znał, ocierał się o ostateczność, bardzo rzadko umierał. Ci, którzy umierali, byli zazwyczaj znani z widzenia, drugoligowcy orbitujący na peryferiach wielkiego sportu. Ginęli, bo brakowało im umiejętności albo szczęścia, albo jednego i drugiego, i upadali tak niefortunnie, że już nic nie dało się zrobić.

Kiedy Artiom miał trzynaście lat, umarł ktoś jeszcze. Największy podówczas rosyjski talent żużlowy, jedyny Rosjanin w cyklu Grand Prix – Michaił Krałow. Ale to była jeszcze inna historia. Krałowa zamordowano, a żużel nie miał z tym nic wspólnego.

A teraz były mistrz świata i wciąż bardzo dobry zawodnik znalazł się w stanie zawieszenia między życiem a śmiercią. Leżał w szpitalu w śpiączce, z poważnymi obrażeniami, o wiele poważniejszymi niż na to wyglądało, a wszystko to z winy Artioma.

Chłopak wcisnął głowę w ramiona, próbując się schować przed światem. Pociąg dojechał właśnie do stacji Toruń Kluczyki, gdzieś na przedmieściach, i jeden z grzybiarzy wysiadł, a drugi zaczął się przyglądać żużlowcowi jakoś zbyt nachalnie. Ów przez chwilę żałował, że nie pojechał do Torunia samochodem, ale zaraz pomyślał, że w dręczącym go roztargnieniu mógłby jeszcze spowodować kolejny wypadek i znowu wysłać do szpitala Bogu ducha winnego człowieka.

A na początku odeszła Polina…

Wysiadł na Dworcu Głównym, który może i był główny, ale tylko dlatego, że zatrzymywały się tam wszystkie pociągi. Dworzec mieścił się na obrzeżach Torunia, po tej stronie Wisły, gdzie działo się mniej, gdzie nie było ani Starówki, ani stadionu żużlowego, ani rozległego parku na Bydgoskim Przedmieściu. Artiom zamówił taksówkę, nie chciało mu się tułać autobusami. Taksówkarz – łysy mężczyzna prawdopodobnie w wieku grzybiarzy – obserwował go bacznie, wręcz natarczywie. Miał na to czas – najpierw podejrzanie długo wyjeżdżali z remontowanych okolic dworca, a potem utknęli w korku na moście.

– Pan mi kogoś przypomina – zaczął wreszcie ostrożnie. Artiom skurczył się w sobie, powstrzymał odruch poprawienia kaptura.
– Naprawdę? Kogo? – zapytał, starając się, by w głosie nie było słychać obcego akcentu. Przypomniał sobie, jak przed rokiem dla żartu komentował wyścig w meczu Ekstraligi. Kibice pisali mu potem na Twitterze, że gdyby nie wiedzieli, że nie jest Polakiem, w życiu by się tego nie domyślili. Miał nadzieję, że i teraz nie słychać wschodniego zaśpiewu, który mógłby go zdemaskować.
Taksówkarz patrzył i milczał, milczał i patrzył, aż wreszcie dał sobie spokój.
– A wie pan, nawet nie wiem. – Machnął ręką i pojechali dalej, gdyż korek się właśnie rozładował. – Po prostu znajoma twarz.

W radiu skończyła się piosenka i zaczęły wiadomości. Artiom uważnie nasłuchiwał, zwłaszcza że spiker zapowiedział informacje ze świata sportu. Ale informacje ze świata sportu okazały się relacją ze ślubu jednego znanego piłkarza i newsem o kontuzji innego, więc na nic innego nie wystarczyło już czasu. Artiom był przekonany, że gdyby nadeszły przełomowe wieści o stanie zdrowia Davey’ego Ruthforda, w lokalnym radiu na pewno by o tym powiedzieli. Nie dlatego, że Davey kiedyś przez jeden sezon jeździł w Toruniu – i to jeździł w jednej drużynie z młodym podówczas i niedoświadczonym Artiomem – ale dlatego, że był indywidualnym mistrzem świata na żużlu, a żużel działał na torunian jak narkotyk.

Na Bydgoskim Przedmieściu oprócz tego, że deszczowo, było też ciemno. Artiom wiele razy zastanawiał się, co kierowało Emilem, kiedy wybierał sobie mieszkanie w starej kamienicy obok kościoła. Tutaj przechodnie rozpoznawali go rzadziej niż w innych częściach miasta, ale na tym plusy Bydgoskiego Przedmieścia się kończyły. Po zmroku było niebezpieczne, a za dnia – zwyczajnie brzydkie. Fakt, akurat dwupokojowe mieszkanie Emila prezentowało się całkiem ładnie, chociaż królowały w nim antyki, pozostałe jeszcze po poprzednim właścicielu. Ale odrapane kamienice, bicie pobliskich dzwonów bladym świtem… Artiom mieszkał w Bydgoszczy w podobnych warunkach, ale u niego to miało swoje uzasadnienie. Kiedy przyjeżdżał do Polski, nie miał pieniędzy na luksusy, ba, nie miał własnych funduszy w ogóle, musiał się zdać na gust i możliwości Jeffreya. Poza tym potrzebował bezpiecznej przystani w dzielnicy, w której mało kto będzie wiedział, że to TEN Artiom Milutin, genialny rosyjski nastolatek, sprowadzony w dodatku przez odwiecznego wroga Bydgoszczy. Teraz było inaczej, po sezonie miał odejść właśnie do Bydgoszczy, ale już nie z Torunia, tylko z Tarnowa, z drugiego końca Polski, ale wtedy Bydgoszcz wybrał wyłącznie ze względu na bliskość lotniska i dobry węzeł kolejowy.

Inaczej sprawa miała się z Emilem. On tworzył bazę wypadową w Polsce, kiedy było go stać na mieszkanie gdziekolwiek. W dodatku przeprowadził się częściowo już jako starszy niż Artiom, świadomy zawodnik i naprawdę powinien był wybrać lepiej niż kamienicę w nieciekawej dzielnicy.

Chłopak wyciągał rękę do domofonu, kiedy zadzwonił telefon.
Nieznany numer mógł należeć do kogokolwiek, ale Artiom w pierwszej kolejności pomyślał o Kate, narzeczonej Davey’ego Ruthforda. Tylko dlatego odebrał.
– Dzień dobry, mogę zająć chwilę? – zapytał obcy głos. Mówił szybko, z pewną natarczywością.
– To zależy, kim pan jest.
– Jestem dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” i chciałbym…
– Nie udzielam wywiadów – uciął nerwowo Artiom, wzdrygając się, aż telefon omal nie wypadł mu z ręki. – Skąd pan ma mój numer?
– Nieważne. Chciałem zapytać, jak się czujesz z tym, że…
– Ważne. Skąd pan ma mój numer? Proszę go udalić. – Ze zdenerwowania do całkiem czystej polszczyzny wdarło się zdradziecko rosyjskie słowo. Artiom oparł się o ścianę kamienicy, usunął w cień przed nadchodzącymi ludźmi – parą staruszków z jednym tylko parasolem.
– Dzieciaku, zabiłeś człowieka, a twoim problemem jest to, skąd mam twój numer?! – Nieznajomy dziennikarz przeszedł do ataku. Artiom ścisnął komórkę tak mocno, że aż zdziwił się, dlaczego nie zmiażdżył jej w ręce. Ten bezczelny człowiek po drugiej stronie coś jeszcze mówił, ale Rosjanin już go nie słuchał. Rozłączył się, tak jak robił od dawna, kiedy przedstawiciele mediów pozwalali sobie na zbyt wiele.

Bardzo żałował, że nie rzucił słuchawką, gdy tylko usłyszał, z kim rozmawia.

Zabiłeś człowieka.
Zabiłeś człowieka.
Zabiłeś człowieka.

Drżącymi dłońmi zaczął manipulować przy telefonie, próbując się połączyć z Internetem. Nie chciał tego i chciał jednocześnie. Myślał, że kiedy będzie offline, nic złego się nie wydarzy. A teraz chciał tylko, żeby słowa dziennikarza okazały się marną prowokacją.

Internetu nie było. Transfer danych odmawiał posłuszeństwa, telefon się zawieszał, a gdzieś tam u góry siedział Emil i na niego czekał. Czy wiedział? Czy już przeczytał w sieci? Usłyszał?

Artiom chciał zadzwonić do Jeffreya, żeby on wszystko sprawdził, ale zdał sobie sprawę, że brakuje mu języka w gębie. Takie rzeczy nie miały prawa się zdarzać. Nie jemu.
Jasne. Już nieraz skosił rywala, zwłaszcza kiedy był młody i braki w technice nadrabiał siłową i ryzykancką jazdą. Czasem zdarzało się nawet, że taki rywal lądował w szpitalu. Jeden przedwcześnie skończył sezon, ale potem, zdawało się, nie pamiętał, kto zawinił w jego kontuzji.
Ale Artiom nigdy nikogo nie zabił.

To się nie zdarzało. Nawet kiedy na torze dochodziło do śmierci, to ona po prostu była, bez winnych, bez polowania na czarownice. Tragedia całej żużlowej rodziny, ale tragedia z zewnątrz, a nie zawiniona przez kogokolwiek ze środowiska.
W zbrodniach toru nie było morderców, co najwyżej narzędzia… Chyba?

Artiom wyobraził sobie minę Emila, kiedy ten dowie się, że siedzi przed nim morderca. A potem bez wahania odwrócił się i szybkim krokiem ruszył jak najdalej od kamienicy.
Polina miała rację, że go zostawiła. Może to wszystko przeczuła.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *