Czarna Książka, Opowiadania, Żużlowersum

Tak się nie robi [część II]

„Zapamiętaj sobie jedno: żadna kobieta nie jest warta twojej kariery. Niejeden przed tobą już popełnił ten błąd. Bądź od nich mądrzejszy.”

Jeffrey mieszkał naprzeciwko, ale Artiom przemknął korytarzem, nie zahaczając o mieszkanie menedżera. Nie wiedział, jak wytłumaczyłby tak szybki powrót. Nie chciał wyjść na histeryka, bo Jeffrey na pewno powiedziałby, że i takie rzeczy się zdarzają, przywołał przypadek ze swojej bogatej kariery i próbował udowodnić, że w wypadku Ruthforda nie było żadnej winy Artioma.

Wpadł do siebie i nawet nie zdjął przemoczonej kurtki, tylko od razu rzucił się do laptopa. Włączył go z pewnym odcieniem strachu, ale i na strach było już za późno. Nie wiedział, czy chce czytać komentarze i samego newsa, ale masochistycznie pragnął zobaczyć to, czarno na białym. Skończyć z niepewnością.

Telefon dzwonił, ale nie zwrócił nawet uwagi, kto się do niego dobija. To mógł być Jeffrey, Emil, przeklęty dziennikarzyna… ktokolwiek. I z żadną z tych osób nie miał ochoty rozmawiać.

Żużlowy Kurier, pierwsze źródło speedwayowej informacji w internecie, nie przyodział się w czerń. Na głównej stronie nie było komunikatu, który Artiom już podświadomie sobie wyobrażał. Zobaczył tylko newsa o pogłoskach o śmierci Ruthforda, które zostały zdementowane przez jego rodzinę.

Odetchnął z ulgą. A zaraz potem zrobił coś bardzo głupiego: zaczął przeglądać komentarze pod newsem. Kilka pierwszych wystarczyło, żeby na powrót poczuł się podle. Zamiast deszczu z rudawych włosów kapały mu teraz metaforyczne pomyje.

Internetowe bagno ma tę cechę wspólną z rzeczywistym, że wciąga. Artiom nie wiedział, po co, ale czuł, że musi przeczytać całą dyskusję w komentarzach, choćby nie rozumiał części skrótów i slangu polskich internautów.
Mniej więcej w połowie przyszedł Jeffrey.

– Skąd wiedziałeś, że jestem w domu?
– Widziałem, jak idziesz – burknął Szkot. – Poza tym dzwonił Emil i pytał, czy nie wiem, co się z tobą dzieje i dlaczego nie odbierasz telefonu.

Tak jak rano, rozsiadł się w fotelu, a na jego koszuli wciąż nie było najdrobniejszego zagniecenia. Gdyby Artiom nie znał Jeffreya od siedmiu lat, uznałby, że menedżer nic innego nie robi w zaciszu własnego mieszkania, jak tylko w kółko prasuje swoje ubrania.

– Pewnie go niechcący wyciszyłem – skłamał, nie odwracając się do Jeffreya. Nadal obserwował go ukradkiem, zastanawiając się, czy tamten domyślił się, co dręczy żużlowca. Pewnie tak. Jeffrey zawsze się domyślał, był pod tym względem jeszcze gorszy niż ojciec Artioma. – Nie pojechałem do Emila, bo… – Zabrakło mu wiarygodnej wymówki i doskonale o tym wiedział zanim w ogóle zaczął mówić. – To znaczy pojechałem, ale…

Powiedział Jeffreyowi wszystko, gdyż i tak prędzej czy później gdzieś by się zdradził. A kiedy mówił, zaczął naprawdę czuć ulgę. Wszystko było w porządku. Davey Ruthford żył. Internet wprawdzie dalej nienawidził Artioma, ale tę odległą nienawiść, którą dało się odłączyć jednym kliknięciem, można było jakoś znieść.

– Naprawdę aż tak się tym przejmujesz? – zdumiał się Jeffrey, jakby nie znał Artioma i pierwszy raz zauważył, że chłopak ma pełno wątpliwości, których pozbywa się tylko na czas zawodów. – Słuchaj, taki jest sport. Popatrz… na Lindmanna na przykład. Jego w ogóle mało kto lubi. Facet regularnie kogoś kosi, potem na niego gwiżdżą, potem zapominają i gwiżdżą trochę mniej…

Artiom uśmiechnął się słabo. „Gwiżdżą trochę mniej” nie brzmiało pocieszająco, ale rozumiał, co menedżer ma na myśli. Petter Aksel Lindmann był postacią na tyle kontrowersyjną, by zdobyć sobie szczególną antypatię zarówno wśród kibiców, jak i samych żużlowców. Gdy Artiom był na początku kariery, Lindmanna jakoś mniej wyklinali, a i w szeregach zawodników więcej miał kumpli. Zmieniały się czasy, zmieniał się styl jazdy, żużlowa młodzież starała się minimalizować ryzyko upadków i tylko Lindmann, który przed rokiem skończył trzydziestkę, po staremu szalał na torze. Za czasów pierwszego sezonu Artioma w Toruniu to właśnie Gród Kopernika darzył Norwega szczególną niechęcią za doprowadzenie do kontuzji lokalnej gwiazdy rok wcześniej.
Artiom wiedział, że nie jest Lindmannem, że może czasem też jeździ bez głowy, ale szanuje kości rywali. Istniała szansa, że na niego po jakimś czasie nie będą gwizdać „trochę mniej”, tylko wcale.

– Wyłącz ten Internet – poradził (a może polecił?) Jeffrey i oparł dłoń na laptopie Artioma, jakby sam chciał go zamknąć. – Zmarnowałeś na te głupoty cały dzień wolnego.
– To się zdarza – odparował żużlowiec ulubionym tekstem menedżera, ale posłusznie wyszedł z przeglądarki i nawet wyłączył komputer. – A co z tym dziennikarzyną?
– Nic – wzruszył ramionami Jeffrey. – Kolejny idiota, który z dziennikarstwem nie ma nic wspólnego. Staram się trzymać cię z dala od takich, przykro mi, że się nie udało. Dowiem się, skąd miał numer…
– Jeff, nie trzeba. – Artiom sam siebie zaskoczył. Zazwyczaj pokornie godził się na pomysły Jeffreya, ponieważ tak było łatwiej, poza tym – to Szkot w ich duecie odpowiadał za wszystko poza jeżdżeniem na żużlu. – Zmienię numer i tyle. Nie potrzeba mi teraz dodatkowych śledztw.

Nie chciał zmieniać numeru. Nie mógł się pozbyć irracjonalnej nadziei, że któregoś dnia Polina zadzwoni. Jednocześnie wiedział, że jeżeli nic nie zrobi, to ten dziennikarz znów się odezwie. Ten albo inny, bo takie rzeczy szybko wyciekały do krwioobiegu mediów.

Jak na komendę odezwał się telefon. Artiom rzucił się w stronę komórki, za wszelką cenę starając się ukryć nadzieję przed Jeffreyem. Zupełnie niepotrzebnie – kto jak kto, ale menedżer, który był dla niego jak drugi ojciec, doskonale wiedział, ile dla Rosjanina znaczyła tamta znajomość.

Ale to był Emil. Tylko Emil.

*

Istniało niewiele obiektów żużlowych mogących funkcjonować w strugach deszczu. Dla większości stadionów na żużlowej mapie świata obfite i długotrwałe opady oznaczały jednoznacznie brak zawodów. Jak można jeździć, kiedy zamiast toru ma się do dyspozycji bagno, a żużlowcy walczą bardziej z nawierzchnią niż z rywalami?

W tym punkcie Toruń wraz ze swą imponującą Motoareną miał znaczącą przewagę: dach. Dachu wprawdzie nie dorobiono do końca i przy zacinającym deszczu na pierwszym łuku tuż przy wewnętrznej tworzyła się głęboka kałuża, ale jedno małe jeziorko dawało się szybko opanować i zneutralizować, w najgorszym wypadku, kiedy nic innego nie można było zrobić – polecić żużlowcom szczególnie uważać na wirażu. Pozostawał też problem kibiców, deszcz bowiem lubił wpadać na trybuny. Jednak zawody na Motoarenie zazwyczaj były tak pasjonujące, że fani czarnego sportu po prostu zakładali kurtki przeciwdeszczowe, brali ze sobą parasole i mimo wszystko przychodzili na narkotyzujący żużel.

Nic dziwnego, że ostatnią rundę Grand Prix już trzeci rok z rzędu organizował właśnie Toruń. Miasto gwarantowało ściganie na najwyższym poziomie, wysoką frekwencję i pełną niezależność od czynników pogodowych, co w przypadku turnieju rozgrywanego na przełomie września i października stanowiło argument decydujący. Dach nad stadionem nie oznaczał jednakże, niestety, dachu nad parkiem maszyn. Lało tak bardzo, że parking pływał, w nim zaś pływały motocykle, części, mechanicy i dziennikarze, a także, ma się rozumieć, główni aktorzy sobotniego spektaklu. Trening przed Grand Prix wyjątkowo nie przyciągnął niemal żadnych widzów, głównie dlatego, że dotarcie na obrzeża miasta okazało się w tym deszczu praktycznie niemożliwe. Znajdująca się naprzeciwko Motoareny oczyszczalnia ścieków też już podlegała powszechnemu płynięciu, a w dalszych rejonach Torunia nie było nic lepiej.

Artiomowi wyjątkowo nie przeszkadzał brak widowni. Od dwóch lat, to jest odkąd podpisał kontrakt z Unią Tarnów, w Toruniu witały go gwizdy. Dzisiaj też je słyszał, mimo deszczu i mimo szumu w uszach. Wydawało mu się, że ci nieliczni kibice, którzy zdecydowali się przyjść, gwizdali głośniej niż zwykle.

Szykował się do swojego wyjazdu na tor i żałował, że surowe zasady nie pozwalały na obecność w parku maszyn osób postronnych. Przed godziną, zanim jeszcze zaczął się trening, spotkał się wreszcie z Emilem, wyjaśnili sobie tę idiotyczną sytuację i świat na moment wrócił do normy. Emil był drugim kwalifikowanym rezerwowym i gdyby oprócz Davey’ego Ruthforda któryś jeszcze z żużlowców z podstawowej stawki złapał kontuzję, pojechałby w turnieju. Żartował, że póki nic takiego nie zaszło, może być alternatywnym menedżerem Artioma. Jeffrey milczał potępiająco, zaborczo nie dopuszczając nikogo do swojego stanowiska, a sam Artiom czuł się jakoś nieswojo, słysząc beztroskie: „jeżeli się ktoś kontuzjuje, czego oczywiście nikomu nie życzę, ale wypadki chodzą po ludziach…”. Emil nie miał pojęcia, o czym mówi.

Mimo tego nietaktu brakowało mu teraz promieniującego optymizmem kolegi. Jeffrey jak zwykle na turnieju był poważny i surowy, w pełni skupiony na formie podopiecznego. Mechanicy też wydawali się obcy i dalecy, jak gdyby i oni mieli za złe Artiomowi wtorkowy mecz. Artiom wiedział, że to paranoja, a mechanicy nic do niego nie mają, ale nie mógł się pozbyć uczucia wyobcowania. Nasiliło się, gdy wyjechał na tor, publiczność przywitała go kolejną porcją gwizdów, a przejeżdżający obok Kyle Kingsworth z Wielkiej Brytanii prysnął szlaką spod kół prosto na świeżo wyczyszczony kevlar Rosjanina.

Artiom zacisnął zęby i odjechał swoje kółka treningowe, ale bez przekonania i bez pasji, którą czuł jeszcze przed dwoma tygodniami. Żużel, jak nigdy, wcale mu nie smakował. Jazda przestała cieszyć.

Gdyby Polina nie odeszła, siedziałaby teraz na jedynej otwartej trybunie w towarzystwie Emila i być może Ady, czekając, aż Jeffrey pozwoli Artiomowi chociaż na moment wyjść z parku maszyn do przyjaciół. Menedżer zazwyczaj był w tej kwestii bardzo kategoryczny, uważając, że trening jest od sprawdzenia nawierzchni i dogadania z mechanikami ustawień, a nie od rozluźniania się na trybunach. Na próżno Artiom przywoływał przykłady mistrzów świata, którzy większość treningu przesiadywali ze znajomymi, a czasem nawet z dziennikarzami, udzielając wywiadów. Jeffrey wiedział lepiej. A że miał za sobą dwie dekady doświadczenia i dwa tytuły mistrzowskie Samuela Williamsa, którego był mechanikiem, nie ulegało wątpliwości, że faktycznie zna się na rzeczy jak nikt inny. Artiom dysponował w tym porównaniu „tylko” trzema złotymi krążkami Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów.

Zjeżdżał z toru przez otwartą bramę, kiedy omal nie wpadł na innego zawodnika. Darren Morgan, kolejne cudowne dziecko brytyjskiego żużla, właśnie zakładał kask. Gdy sczepili się motocyklami, Walijczyk omal nie spadł ze swojej maszyny. Dokonując cudów ekwilibrystyki, utrzymał równowagę, po czym gwałtownym szarpnięciem pozbył się kasku.

– Uważaj! – syknął. – Nie chcę skończyć jak Davey.
W okolicach przejścia kłębiło się mnóstwo ludzi i chyba wszyscy usłyszeli, bo Artiom nagle poczuł na sobie niechętne spojrzenia.
– O co ci chodzi? – zapytał przez kask. – To ty stoisz przy samej bramie.
Darren zeskoczył z motocykla i niemal rzucił go swoim mechanikom. Była w tym geście jakaś pogarda, którą Artiom widział dotąd tylko u innego z młodych Brytyjczyków.
– Po prostu patrz, jak jeździsz, to takie trudne? – warknął, podchodząc do Rosjanina.
Lekko trącił go łokciem w kask, ale tyle wystarczyło, żeby w Artiomie coś pękło.
– To może ty patrz, jak stoisz – odparował – albo postaw tabliczkę: „miejsce parkingowe udzielnego księcia Darrena Morgana”. Chociaż książęta – prychnął – raczej nie wyglądają jak recydywiści po dziesiątej odsiadce.
Całe ciało Morgana było pokryte tatuażami. Gdyby mógł, zapewne wytatuowałby sobie coś na czole. Na przykład: „przyszły mistrz świata”.
– Rusek, nie podskakuj – dobiegł nie wiadomo skąd głos Kyle’a Kingswortha. Samozwańczy przywódca najmłodszego pokolenia Anglosasów na żużlu spieszył już w stronę swojego pobratymcy. Rozpięty kevlar zatrzymał mu się na biodrach, ukazując wytatuowany na piersi Kingswortha portret jego ojca. Jeżeli wierzyć obrazowi, Kyle był do starego Kingswortha podobny jak dwie krople wody, chociaż Artiom miał nadzieję, że tylko z wyglądu i że dawny mistrz świata nie miał równie paskudnego charakteru co syn.

Artiom oddał motocykl mechanikom, którzy tylko na to czekali, ale nie poszedł do boksu. Nie wiedział, czego od niego chcą Brytyjczycy, ale nie zamierzał uciekać. Nie znosił całego klanu, grupki pod przywództwem Kyle’a i honorowym patronatem Davey’ego Ruthforda, całego skupiska Anglosasów, którzy w cyklu Grand Prix pojawili się nagle i zaczęli wprowadzać swoje zasady. Jedna z nich głosiła, że jeżeli ruszysz kogoś z paczki, to masz na głowie całą resztę. A cała reszta oznaczała spore problemy.

– Odwalcie się ode mnie. – Zmrużył oczy. – Dzięki za szprycę, Kyle – dorzucił ironicznie, otrzepując się z żużla. W boksie miał szczotkę, ale to było w boksie, daleko, tam gdzie opiekuńcze skrzydła Jeffreya, który nie przyjął do wiadomości, że Artiom dawno temu przestał mieć siedemnaście lat. Jeffrey na pewno odciągnąłby go od Brytyjczyków i nie dał skrzywdzić.
Bardzo dobrze, że był teraz zajęty innymi sprawami.

Artiom uskoczył w bok przed motocyklem wyjeżdżającego na tor Alexa Bjaanda, tak niefortunnie, że znów potrącił Darrena. Ten nie pozostał dłużny i Artiom szybko poczuł uderzenie w kask. Oddał bez zastanowienia, trafiając w wytatuowany – a jakże! – podbródek.

– Rusek znowu poluje – usłyszał drwiący komentarz Kyle’a i aż zadrżał z wściekłości. – Davey’ego ci było mało?
Publiczność musiała zauważyć, co się dzieje przy wjeździe do parku maszyn, w końcu jedyną otwartą na treningu trybuną była ta położona przy samym parkingu. Zaraz też wzmogło się buczenie.
– Nie chciałem nic zrobić Davey’emu! – syknął Artiom, uchylając się przed ciosem Darrena. – To był wypadek!
– Artiom, co ty wyprawiasz?! – rozległ się jakby z innej rzeczywistości głos Jeffreya. Żużlowiec zawahał się na moment, zbyt długi, by Morgan go nie wykorzystał. Zapiekł bark, Brytyjczyk bowiem przemyślnie nie celował już w kask. Zakotłowało się, Artiom rzucił się do przodu, ale ktoś przytrzymał go z tyłu, a on, z zawężonym polem widzenia, przekonany, że to Kyle, odwinął się i walnął na odlew.
– Ufpokój fie, fo fylko ja…
Głos należał do Emila. Artiom nie wiedział, skąd przyjaciel wziął się w parku maszyn, ale po jego głosie poznał, że musiał go poturbować. Ruszyłby z przeprosinami, gdyby z drugiej strony Darren, odciągany przez kolejnych z paczki, Nialla i Iana, nie miotał się, najwyraźniej chcąc dokończyć zaczęte dzieło.

Zbiegli się ludzie i Artiom już tym bardziej nie widział ani swoich prześladowców, ani obrońców. Poczuł tylko żelazny uścisk Jeffreya. W hałasie ledwie było cokolwiek słychać, ale donośny głos Kyle’a przebił się ponad gwar i kotłowaninę:
– Darren, nie warto. Nie warto marnować pięści na tę szmatę.
– Sam jesteś szmata! – wrzasnął Artiom, ale Jeffrey już go odciągał w stronę boksu do spółki z Wadimem, szefem mechaników. Ktoś inny ściągał mu kask i Artiom myślał, że to Emil, ale potem, pozbawiony ochronnego kokonu na głowie, zobaczył drugiego z mechaników, Pawła. Emil stał kilka kroków dalej i trzymał się za twarz. Spomiędzy palców obficie ciekła krew.
– Cholera jasna, Emil! – Artiomowi z bezsilnej rozpaczy urosła w gardle ogromna gula i ledwie mógł mówić. Zobaczył lekarza zawodów, podchodzącego do Czepałowa, a gdy przyjaciel na moment odsunął rękę, ujrzał też strugę krwi cieknącą z nosa po ustach i skapującą z brody. – Emil!
– Idziemy stąd! – Jeffrey szarpnął go tak, że potłuczony przez pięść Darrena bark zapulsował bólem. Artiom jęknął. – Idziemy, dość już narozrabiałeś.

Tłum nie wiedzieć czemu podążył za nimi. Po parkingu krążyło dużo ludzi, znacznie więcej niż powinno tam być w trakcie treningu. Artiom miał wrażenie, że tor i trybuny pozostały puste, a wszyscy przyszli popatrzeć na jego starcie z Brytyjczykami.

Usłyszał za sobą gwizd, świdrujący w uszach, przeciągły. Tak się gwiżdże na nieposłusznego psa. Rozejrzał się, szukając źródła dźwięku, ale to mógł być ktokolwiek.
– Już, spokojnie. – Wadim położył mu rękę na ramieniu. – Chodź zobaczyć przełożenia, sprawdzisz, czy nie trzeba pójść o ząbek w górę przed drugą sesją – zaproponował po rosyjsku, ze swoim miękkim, białoruskim akcentem, który teraz wydawał się jeszcze bardziej miękki.
– Żartujesz sobie? – wycedził Artiom. Czuł się upokorzony zachowaniem Jeffreya i tym, że Wadim mówi do niego jak do nienormalnego, jakby koniecznie chciał odwrócić jego uwagę od zachowania Brytyjczyków. – To nie jest moment na sprawdzanie ustawień!
– To idealny moment na sprawdzanie ustawień – oznajmił lodowato Jeffrey, wolną ręką odpychając włażącego im pod nogi człowieka z dyktafonem. Skąd w zamkniętym na czas zawodów parku maszyn wziął się przypadkowy dziennikarz?! – Wystarczy nam sensacji.

Kiedy dotarli do boksu Artioma, Jeffrey w końcu go puścił. Jednocześnie zagrodził drogę spieszącej ku nim reporterce Sky Sports.
– Julia, nie teraz. Potrzebujemy spokoju, naprawdę.
Julia Scott, nieśmiertelna ikona Grand Prix w brytyjskiej telewizji, która przed dwoma laty świętowała dziesięciolecie pracy przy czarnym sporcie, odpuściła. Była w żużlu długo, znacznie dłużej od Artioma, musiała doskonale znać Jeffreya i wiedziała, że jego „nie” nigdy nie znaczy „być może”. Miała też dość taktu, by nie rzucać się nachalnie do wywiadu z Artiomem, w którego krwi wciąż buzowała adrenalina nijak niezwiązana ze ściganiem.

Chłopak siedział oszołomiony na taborecie i nie do końca wierzył w to, co się właśnie stało.
– Jeff, ja…
Jeffrey bez słowa otuchy podał mu ręcznik.
– Wytrzyj się, krew ci leci.
Artiom przesunął dłonią po szyi ponad kevlarem i dopiero zauważył, że z jakiegoś powodu krwawi. Cios Darrena Morgana musiał mu rozciąć skórę. Gdy to odkrył, poczuł pieczenie, które nasiliło się po otarciu krwawiącego miejsca szorstkim ręcznikiem.
– Jeff, to nie była moja wina.

Jeffrey chyba nie słuchał. Przechylił się przez motocykl i sam zaczął omawiać z Wadimem ustawienia, jakby to on niedawno zjechał z toru. W przeciwieństwie do Artioma menedżer nie wspomagał się gestykulacją, wydawał krótkie, jasne komendy, zaglądał Wadimowi i Arturowi z Polski przez ramię. Był tak pochłonięty rozmową, że najprawdopodobniej nawet nie usłyszał, że podopieczny coś mówi.
– Jeff, oni mnie sprowokowali.
Rozmowa Jeffreya i Wadima musiała być naprawdę absorbująca. W dodatku obaj na pewno się na niej bardzo skupiali, rozmawiali bowiem w języku, który ani dla menedżera, ani dla mechanika nie był ojczystym. Na świecie mógł rządzić angielski, ale w żużlu to po polsku najłatwiej szło się dogadać.

Artiom nie miał siły wstać z taboretu. Spróbował, ale zakręciło mu się w głowie. Pomimo deszczu w parku maszyn było duszno, gorąco i głośno. Bolała go głowa i zaczął się zastanawiać, czy cios Darrena, mimo że odebrał go kaskiem, nie zafundował mu wstrząśnienia mózgu.
Nikt oprócz niego nie wydawał się przejmować tematem.

– Jeff… – Nie wytrzymał. Na ciężkich nogach podszedł do menedżera, który akurat wycierał w ścierkę umazane smarem ręce. Na dżinsach Jeffreya powyżej kolan widniały dwie duże czarne plamy, ale Szkot nie zwracał na nie uwagi.
– Teraz powinno działać, nie? – zapytał Wadima ponad głową Artioma. Mechanik przytaknął. – To wszystko to i tak wróżenie z fusów, jutro będziemy musieli lecieć od początku. Jak przestanie padać, całą noc będą suszyć tor, żeby… Artiom, zerknij, czy nie powinno być jednak ząbek w dół, zgoda?

Głos Jeffreya był uprzejmie lodowaty. Menedżer nie patrzył na żużlowca. Podszedł do stolika z rozłożonymi zębatkami i zatrzymał się, jak gdyby medytował nad nimi.
– Jeff, co ty wyprawiasz?
– Robię to, co powinieneś robić ty – powiedział powoli, nawet się nie odwróciwszy. – Myślę o sprzęcie. Nie o dziewczynach i nie o skandalach.
Żadnego ciosu Darrena nie odebrał tak boleśnie jak słów własnego menedżera.
– Sprowokowali mnie – powtórzył. Jeffrey po prostu wzruszył ramionami.
– I co z tego? Myślisz, że kogokolwiek obchodzi, kto zaczął? FIM dowali karę wam obu i módl się, żeby na finansowej się skończyło. Zresztą – machnął ręką – to nawet nie o to chodzi.

Artiom zmełł w ustach pytanie „to o co?”, czuł, że od takiego postawienia sprawy Jeffrey by wybuchł. Mógł się zresztą domyślać: media, które ostatnio traktowały go jak traktowały, na pewno będą miały używanie po bójce w parkingu. Tyle dobrego, że obili sobie gęby na treningu, a nie na zawodach, przy kamerach i wielotysięcznej publiczności. Z drugiej strony awantura w takim momencie świadczyła o tym, że to nie żużel był powodem. A przynajmniej – nie Grand Prix w Toruniu.

– Skup się na jeździe – powiedział jeszcze Jeffrey, nadal tonem, od którego temperatura w okolicy spadała o ładnych parę stopni. – Sprawdź tor. Od tego jest trening.
– Nie mów do mnie jak do dzieciaka – rozzłościł się Artiom. – Wiem, do czego służy trening.
Miał nadzieję, że sprowokuje menedżera. Potrzebował kłótni, oczyszczającego krzyku. Buzowały w nim emocje, ale jak miał je z siebie wyrzucić, mając naprzeciwko opanowanego Jeffreya?
W dodatku, jak na złość, obok boksu przechodził akurat Kyle Kingsworth i przystanął z miną chuligana, który właśnie wysprayował na murze wulgarny napis.

– Zachowujesz się, jakbyś zapomniał – odparł sucho tamten, nadal więcej uwagi poświęcając zębatkom niż Artiomowi. – Nie poznaję cię ostatnio. Co się z tobą stało…
– Przecież dobrze wiesz.
Jeffrey odwrócił się na moment. W jego oczach Artiom nie dostrzegł upragnionego współczucia. Nie dostrzegł w ogóle nic.
– Zapamiętaj sobie jedno: żadna kobieta nie jest warta twojej kariery. Niejeden przed tobą już popełnił ten błąd. Bądź od nich mądrzejszy.
Artiom zrozumiał, że słów otuchy od menedżera dziś już nie usłyszy. Jeffrey najwyraźniej wyczerpał limit ludzkich odruchów na ten tydzień.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *