Czarna Książka, Opowiadania, Żużlowersum

Tak się nie robi [część III]

„Żebyś ty, Kingsworth, był taki mocny na torze, jak jesteś w gębie. Jak ci testosteron buzuje, to weź przykład z Darrena i spróbuj komuś obić mordę, chociaż tobie nie wróżę sukcesów”

Zaraz po treningu zadzwonili rodzice. Ojca interesowało, jaka jest nawierzchnia w Toruniu i jakie ustawienia dobrał Artiom na sobotę. Wiaczesław Milutin nigdy nie był i nawet nie chciał być żużlowcem, ale odkąd syn wybrał sportową drogę, bezustannie się dokształcał, żeby tylko wiedzieć, co w trawie piszczy. Zazwyczaj Artioma to zainteresowanie cieszyło, ale dzisiaj miał w głowie pustkę. Na szczęście do telefonu zaraz dorwała się matka, którą o wiele bardziej zajmował stan kości syna i to, czy zjadł obiad.

– Nigdy nie jem przed jazdą, mamo – jęknął. – Zaraz pójdę coś przekąsić. Coś bezglutenowego. – Miał nadzieję, że nie złamał Emilowi nosa i że przyjaciel nie gniewa się na tyle, by wzgardzić wspólną wyprawą na obiad. Chciał pójść na trybunę, sprawdzić, co z Emilem, ale Jeffrey patrzył na niego w taki sposób, że Artiom bał się zrobić zbędny krok poza swój boks. Wyszedł z niego tylko raz – kiedy trzeba było wyjechać na tor.

– Kochanie – westchnęła ciężko mama – tyle razy ci tłumaczyłam, że w diecie sportowca najważniejsza jest regularność. Możesz jeść najzdrowiej jak się da, ale jak będziesz zapominał o regularności, to wszystko pójdzie na marne.

Sofia Milutina nie była dietetykiem ani z wykształcenia, ani z zawodu wykonywanego. Żywo jednak interesowała się zdrowym odżywianiem i było dla niej naturalne, że syn, jako sportowiec, powinien przestrzegać odpowiedniej diety. Na nic zdały się zapewnienia, że żużlowiec to taki szczególny typ sportowca, któremu stek, a nawet cola raz na jakiś czas nie zaszkodzi, i który w dodatku nie ma technicznej możliwości ustalenia stałych pór posiłków. Ta troska mamy, choć czasem go irytowała, była jednak wzruszająca, zwłaszcza w chwili, gdy odwrócił się od niego nawet Jeffrey.
Nie powiedział rodzicom o bójce, nie chciał ich denerwować. O odejściu Poliny też nie wspomniał, bo od tygodnia szukał odpowiednich słów, a ponieważ nie chciały przyjść, udawał, że wszystko jest po staremu.

Ale nie było. Poczuł to najdobitniej, kiedy się rozłączył. Stał przy ogrodzeniu parkingu dla busów żużlowców, przytulony do metalowej siatki, w strugach deszczu, którego tak właściwie nie czuł. Chociaż otworzyli już bramy dla specjalnych gości zawodników, Emil nie przyszedł, a Artiomowi głupio było go szukać. Jeffrey rozmawiał z kimś przez telefon, krążąc dookoła busa z wielkim napisem ARTYOM MILYUTIN RACING. Ada w ogóle nie przyjechała, ale Artiom nie widział jej od środy i równie dobrze mogła być w Toruniu u Emila, co we Władywostoku, gdzie po sezonie planowała trenować z juniorami lokalnego klubu.

Zaczął odczuwać deszcz, więc narzucił na głowę kaptur. W tym samym momencie z malowniczego tłumu ludzi, motocykli i busów wyłoniła się znajoma sylwetka. Artiom zazgrzytał zębami. Kyle był ostatnią osobą, którą chciał teraz widzieć, a wyraźnie szedł w jego stronę, w bluzie Metalliki i ze słuchawkami na szyi, podejrzanie rozradowany. Oddzielił się od tłumu, chociaż na parkingu pod stadionem nadal kłębiło się pełno ludzi znajomych i nieznajomych, i kompletnie nikt, kto zainteresowałby się Artiomem Milutinem.
Nikt prócz Kyle’a.

– Artiom! – Kingsworth rozłożył szeroko ramiona, jakby spieszył do dawno niewidzianego przyjaciela. Jego tubalny głos musieli słyszeć nawet na drugim końcu parkingu. – Nie miałem pojęcia, że rozstałeś się z Poliną! Tak mi przykro!
Uściskał zaskoczonego Artioma, jakby to nie on godzinę wcześniej podjudzał Rosjanina i swojego kumpla do bójki. Ale Artiom nie był głupi i szybko dodał dwa do dwóch: masę ludzką na parkingu, bardziej donośny niż zwykle głos Kyle’a, nieszczere wyrazy współczucia. Brytyjczyk grał w swoją ulubioną grę – niby pozostawał czysty, a tak naprawdę osiągnął cel: poinformował wszystkich w okolicy, co faktycznie gryzie Artioma.
– Ale z ciebie kutas, Kingsworth.
Artiom odsunął od siebie Kyle’a, starając się nie przyczynić mu krzywdy, co było o tyle trudne, że Brytyjczyk był o pół głowy wyższy od niego. Doprawdy, tylko płaczów Kingswortha w mediach mu brakowało do szczęścia!
– Staram się być miły – zauważył Kyle, unosząc brew. – Co jest dla mnie cholernie trudne, bo poprzetrącałeś kości komuś, kto był dla mnie jak brat.
– Jakoś dużo masz tych braci.

Kątem oka zauważył poruszenie przy jednym z pobliskich busów. Oprócz najlepszego polskiego żużlowca ostatnich lat, Marcina Jodły, jego mechaników, których Artiom znał z twarzy, i pięknej pani Jodłowej, kręciła się tam postać trzymająca coś, co niebezpiecznie przypominało dyktafon.

– Zazdrościsz? – prychnął Kyle. – Wiesz, co powinienem z tobą zrobić za to, jak potraktowałeś Darrena? Nie zrobiłem. Mógłbyś chociaż…
Przerwał mu dźwięk naśladujący, dość nieudolnie, szczekanie psa. Cała paczka Jodły obejrzała się w ich stronę. Artiom też się obejrzał, patrząc, skąd nadchodzi wybawienie.

– Hau, hau, hau. Przestań się sadzić, Kingsworth, bo twoje groźby już na nikim nie robią wrażenia. – Kilka kroków od nich stał Petter oparty nonszalancko o ogrodzenie. Z gigantycznym jak na ten sport wzrostem i atletyczną posturą przypominał raczej narciarza alpejskiego niż żużlowca. Jego czerwony t-shirt rzucał się w oczy nie tylko ze względu na kolor. Petterowi, który jakiś czas temu na powrót zaczął jeździć w cyklu Grand Prix jako Norweg i, jeśli wierzyć plotkom, przeprowadził się gdzieś w okolice koła podbiegunowego, październikowy deszcz był niestraszny.
– Ciągnie swój do swego – sarknął Brytyjczyk i chyba odruchowo poprawił bluzę, jakby od samego widoku Pettera Aksela Lindmanna zrobiło mu się zimno. – Dwóch bandytów w tym miejscu to o dwóch za dużo.
– Kogo nazywasz bandytą? – zjeżył się Artiom. Tylko Petter pozostał spokojny. Na nim takie uwagi musiały przestać robić wrażenie już parę lat temu.
– Żebyś ty, Kingsworth, był taki mocny na torze, jak jesteś w gębie. Jak ci testosteron buzuje, to weź przykład z Darrena i spróbuj komuś obić mordę, chociaż tobie nie wróżę sukcesów. A teraz zjeżdżaj, bo mam do pogadania z Artiomem, i to bez towarzystwa, hau, hau, hau, wytatuowanych yorków.

Kyle Kingsworth wyglądał na wstrząśniętego. Przywykł raczej do uwielbienia, którym darzyli go sponsorzy, kibice, media i większość zawodników. Wchodził do żużla jako wunderkind i wielka nadzieja na przedłużenie historii rodu Kingsworthów w światowej czołówce. Na razie przedłużał ją głównie na plakatach reklamowych i w brytyjskiej telewizji. Ale miał posłuch nawet wśród starych wyg. Był na tym samym poziomie zdolności przywódczych co Emil, tylko Emil nie jeździł w Grand Prix, a w wolnych chwilach nie zajmował się terroryzowaniem ludzi.

Słowa Pettera podziałały. Kingsworth zmył się jak niepyszny. Norweg podszedł do Artioma i oparł się o ogrodzenie w identyczny sposób jak wcześniej, tylko tych kilka kroków bliżej. Na twarzy miał wypisaną pogardę.

Odjeżdżały kolejne busy, Jodła pakował dobytek i swój zespół, jednostka z dyktafonem przemieściła się w dalsze rejony parkingu, a Petter i Artiom stali w milczeniu.

– Nie przepadasz za nim, co? – spróbował wreszcie Rosjanin. Jakby to nie było oczywiste…
Petter zaśmiał się gardłowo.
– Mało powiedziane. Wkurwia mnie zwyczajnie ten dzieciak, zero finezji. Nie mówię, żeby się faktycznie od razu po pyskach walić, raz w sezonie wystarczy… Ale my z Alexem potrafiliśmy jakoś bardziej z klasą się nienawidzić. A ten myśli, że jak ma bogatego sponsora i grupkę wyznawców, to wszystko mu wolno. Ohyda. – Splunął przed siebie, prosto pod prowadzony właśnie motocykl Mirana Kopitara ze Słowenii.

Artiom chciał zapytać, jak teraz ma się wojna Pettera z Alexem, ale zrezygnował. Wojna zapewne miała się dobrze. Od jakichś trzech-czterech lat Petter naprawdę był wrogiem publicznym numer jeden i Artiom nie pamiętał, by Norweg z kimkolwiek utrzymywał cieplejsze stosunki. Darł koty nawet ze swoim rodakiem, jedynym w poważnym żużlu, Egilem. Egil zresztą był jak kometa – przefrunął po żużlowym nieboskłonie i zniknął gdzieś w niebycie. Artiom nie był pewny, czy w ogóle jeszcze gdziekolwiek jeździł.

Petter odchrząknął.
– Ogólnie to chciałem ci pogratulować zdefasonowania mordy Morgana. To było stylowe. Pokazałeś tym gówniarzom, że jesteś facetem, a nie ścierką do podłogi.
Artiomowi zachciało się śmiać.
– Serio?
– Słowo mistrza świata! – zapewnił żarliwie Petter, przykładając dłoń do serca. – Chociaż szkoda, że zamiast Kyle’owi dostało się Emilowi…
– Też żałuję – westchnął Artiom. – Widziałeś może, co z nim? Chciałem sprawdzić, ale Jeff jest gorszy niż cerber.
– Nic poważnego, trochę pokrwawił i przestał. Ale przypieprzyli się do niego, że „wtargnął do parku maszyn” – w głosie Pettera pojawiła się ironia – więc pewnie jakieś tam drobne nieprzyjemności będzie mieć.

To by wyjaśniało, dlaczego Emil nie pojawił się w parkingu po treningu. Artiomowi trochę ulżyło. Nadal jednak nie rozumiał, czego tak właściwie Petter od niego chce. Przecież prawie ze sobą nie rozmawiali. Kiedyś nawet przez jakiś czas byli wrogami, po tym, jak w lidze rosyjskiej Petter pojechał bez głowy i wbił Artioma w bandę, i skończył mu przedwcześnie sezon…

Rosjanin przypomniał sobie o tamtej historii i myśli automatycznie przeskoczyły na Davey’ego. Może Petter uznał go za równego sobie. Może też uważał, że Artiom specjalnie sfaulował nowozelandzkiego mistrza świata. Artiom chciał go o to zapytać, ale nie zdążył, ponieważ kiedy on zbierał się na odwagę, zadzwonił telefon Pettera. Krótka rozmowa była po norwesku albo po duńsku i Artiom nie zrozumiał z niej kompletnie nic. Usłyszał za to śmiech Pettera, autentyczny, beztroski śmiech, zupełnie nieprzystający do kogoś, komu nie szło na treningu ani w ogóle w tym sezonie, po trzech mistrzowskich tytułach w ciągu pięciu lat.

– Lisa mówi, że mnie po coś wysłać, to wrócę po trzech dniach do trzech lat – oznajmił wesoło, kiedy się rozłączył. – Lisa. Moja żona.

Artiom znał żonę Pettera z widzenia i zawsze się zastanawiał, jak ta filigranowa i z wyglądu subtelna kobieta wytrzymuje z takim zakapiorem. I czasem odruchowo porównywał ją z Poliną, a porównanie zawsze wypadało, ma się rozumieć, na korzyść Poliny, dziewczyny o wyglądzie modelki, z którą po sezonie jeździł na motocrossie albo grał w GTA.

– Ogólnie to miałem zapytać, czy nie skoczyłbyś z nami na obiad – ciągnął Petter. – Zawsze chodziliśmy tu do jednej knajpy, a Lisa mówi, że ją zamknęli, więc w sumie potrzebujemy kogoś, kto ogarnia teren. A Emila wcięło, pewnie go męczą przez to „wtargnięcie”, tu w Polsce strasznie się takich pierdół czepiają.

Artiom nie wiedział, czy ostatnie zdanie miało mu zabrać wymówkę, czy wyjaśnić, dlaczego Petter zwrócił się ze sprawą obiadu do niego, a nie do Emila, którego znał z czasów wspólnych startów w Mega Ładzie Togliatti. Sam Artiom też kiedyś jeździł w Togliatti, bo trudno było znaleźć w Rosji znaczącego zawodnika, który nigdy nie otarł się o ten klub, ale ta chwila nadeszła już po czasach Pettera.

Zawahał się, ale coś mu podpowiadało, że na szczerości nie może stracić.
– Czy jeżeli powiem, że muszę się skonsultować z moim menago, zmienisz zdanie w kwestii ścierki?
– W żadnym wypadku – zapewnił Petter, rozkładając ręce. – Menedżer jest święty. Idź pytać Jeffa, czy da ci przepustkę na obiad z bandytą. My, źli ludzie – mrugnął porozumiewawczo – musimy się trzymać razem.
Przez chwilę Artiomowi zdawało się, że widzi przy busie Kopitara Davey’ego Ruthforda – w jednym kawałku, roześmianego, z rozczochranymi czarnymi włosami i Kate Norman u boku. Zamrugał i wrażenie znikło, ale nadal czuł się jakoś nieswojo.

*

Nie był przekonany, czy Jeffrey go puści. Oczywiście, był dorosły i mógł sam o sobie decydować, a Jeffrey nie nakazywał, tylko doradzał, ale doradzał takim tonem, że odechciewało się sprzeciwu. Artiom miał obawy, że menedżer uzna za niebezpieczne pokazywanie się w towarzystwie Lindmanna niespełna tydzień po wypadku Ruthforda. Co bardziej żądni krwi dziennikarze porównywali przecież akcję Artioma do najbardziej spektakularnych fauli Norwega.

– Idź, dobrze ci to zrobi – oznajmił nieoczekiwanie Jeffrey i Artiom nie wiedział, czy chce zrozumieć, co dokładnie menedżer miał na myśli. Tym bardziej, że wciąż słyszał w jego głosie oschłe nuty. – Dzwoniłeś do Emila?

Nie dzwonił. Za bardzo się wstydził tego, co zrobił. Nie mógł sobie wybaczyć, że przez niego przyjaciel ma nie tylko uszkodzony nos, ale i nieprzyjemności z ochroną stadionu. Takie rzeczy nie mogły wpłynąć pozytywnie na wizerunek Emila w oczach włodarzy cyklu, a przecież chłopak walczył o stałą dziką kartę na przyszłoroczne Grand Prix.
Jeffreyowi skłamał, że tak i że wszystko jest w porządku, a sobie w duchu obiecał, że zadzwoni zaraz po obiedzie.

Pojechali do jednej z pizzerii na Starówce. We czwórkę – Petter, jego żona, jego menedżer i Artiom na doczepkę, w ramach psa-przewodnika. I oczywiście anonimowym osobowym subaru, żeby nie drażnić toruńskich oczu logo jednego z najbardziej znienawidzonych tutaj żużlowców. Po drodze Petter, kierując, tłumaczył, dlaczego mechanicy zrezygnowali z dobrodziejstwa dużej pizzy:

– Po drodze z Norwegii dwa razy stali w korku, bo wypadki, ludzie w tym deszczu głupieją. Jechali trzy dni i dwie noce, należy im się trochę odpoczynku.
– Ludzki pan – śmiał się Ronny, menedżer Norwega. Jak gdyby Petter, założyciel pierwszej w Norwegii szkółki żużlowej i człowiek, który ze swojego wizerunku torowego bandyty zrobił świetnie prosperującą markę, potrzebował menedżera.
– Pięć lat temu jechałbyś z nimi – zauważyła Lisa, unosząc głowę znad czytnika. Siedziała z tyłu razem z Artiomem i co jakiś czas uśmiechała się do niego, jakby chciała mu dodać otuchy. Nie była tak ładna jak Polina, ale jej uśmiech wyglądał uroczo na okrągłej twarzy z dołkami w policzkach.
– Pięć lat temu byłem o pięć lat młodszy – zaśmiał się Petter. – Artiom, a ty tułasz się nocami ze swoimi mechanikami czy jesteś już z tego pokolenia, co dolatuje samolotem na kwadrans przed meczem?
– Petter, chociaż poudawaj, że jesteś miły – jęknęła Lisa.
– Nie jestem miły. Jestem mrocznym skurwysynem i wszyscy o tym wiedzą – oznajmił Petter tonem wskazującym na coś dokładnie przeciwnego. Artiom zachichotał.
– Na początku pewnie, że jeździłem. Co ty myślisz. Zimny chów Jeffreya Parkera. Przejdź przez wszystkie kręgi piekieł, żeby zostać mistrzem. Szkoły jeszcze nie skończyłem, jak wyrwał mnie z domu, kazał jeździć z mechanikami ciasnym busem, od rana do nocy siedzieć w warsztacie i dłubać przy motocyklach… Z przerwami na odrabianie lekcji, żebyś sobie nie myślał.

– O ja pieprzę. – Petter z wrażenia omal nie władował się w tył jadącej przed nimi ciężarówki. Na moście znowu był korek i zanosiło się na to, że pizza będzie nie obiadem, a obiadokolacją. Artiom wiedział, że gdyby matka się o tym dowiedziała, zamordowałaby go na miejscu za nieregularne posiłki i śmieciowe jedzenie. Na szczęście Petter, było nie było – trzykrotny mistrz świata – potwierdził, że raz na jakiś czas nawet fast food żużlowcowi nie szkodzi. – Uciekaj od niego, człowieku, to jest toksyczny związek.
– Toksyczny i radziecki – mruknął Artiom po angielsku, a że reszta towarzystwa usłyszała, musiał wyjaśnić, że po polsku Związek w sensie Radzieckego i związek w sensie relacji międzyludzkich określa się tym samym słowem. Towarzystwo niezmiernie się ucieszyło, obiecało zapamiętać, a Petter zaczął się popisywać swoją koszmarną polszczyzną.

– Yesh-che yed-no peevo… por favor?
Ronny schował twarz w dłoniach.
– Z nas dwóch to ja mieszkałem w Hiszpanii i nawet ja nie miałem takiego talentu, żeby polski z hiszpańskim pomylić…
Artiom krztusił się ze śmiechu, a z głowy wyleciało mu wszystko – i Polina, i wypadek Davey’ego, i nawet uszkodzony nos Emila.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *