Czarna Książka, Opowiadania, Żużlowersum

Tak się nie robi [część IV]

Żużlowcy nie umierają, oznajmiło coś w jego głowie. Nie rozpoznawał głosu, nie wiedział, czy to wspomnienie, echo czyichś słów, czy jego własne myśli. Oni tylko przechodzą do najlepszej ligi z możliwych.

Beztroska nie trwała wiecznie. Jakiś czas później, gdy już zamówili i do połowy zjedli pizzę, kryjąc się przed ewentualnymi ciekawskimi spojrzeniami w kącie na wpół opustoszałej – z racji pogody – pizzerii, skończyły się tematy. Petter i Lisa zdążyli opowiedzieć nawet o trojgu swoich dzieci, które musiały zostać z dziadkami, bo szkoła i przedszkole wygrały z żużlem, ale każdy temat musiał się kiedyś wyczerpać, a że Artiom nie mówił prawie nic, a tylko słuchał, w pewnej chwili nad stołem po prostu zapadła cisza. Nawet kelnerka nie przyszła z pytaniem, czy wszystko smakuje.

Sytuację uratował telefon Lisy. Odebrała, odeszła od stolika, a Petter, Ronny i Artiom zajęli się omawianiem niezrozumiałego dla nich fenomenu wiszenia na słuchawce po dwie godziny dziennie. Polina też tak robiła, zwłaszcza kiedy rozmawiała z Adą, chociaż w sezonie widywały się przynajmniej raz w tygodniu.

Lisa wróciła znacznie wcześniej niż po dwóch godzinach, dziwnie podminowana.
– Kto dzwonił? – zaniepokoił się Petter. Jego żona usiadła w milczeniu, wbiła wzrok w talerz, ale nie ruszyła ani kęsa, nawet nie dotknęła pizzy. W końcu, nie spoglądając na Artioma, zaczęła:
– Kate…
– Kate Norman? Gadacie ze sobą? – zdziwił się Artiom. Wydawało mu się, że Petter nie zadaje się z Davey’em. Mieli podobne charaktery: obaj byli zbyt pyskaci, żeby ze sobą wytrzymywać.
Lisa kiwnęła głową.
– Stare czasy. Jak Petter i Davey byli na topie, jakoś tak się zgadałyśmy i przyjaźń nam została. Z Davey’em jest kiepsko…
– Co się dzieje?
– Dalej jest w śpiączce, ale coś z mózgiem się pogorszyło, tak mówiła Kate. Bardzo płakała i prosiła, żebyśmy trzymali kciuki. Tylko… – Lisa głośno przełknęła ślinę – …tylko modlitwa nam została.

Artiom zacisnął zęby, aż zabolała go cała szczęka. Miał wrażenie, że i Petter, i Ronny, obaj ze spojrzeniami wbitymi w talerz, tak naprawdę obserwują go ukradkiem. Echem wróciły słowa anonimowego dziennikarzyny: Zabiłeś człowieka.
Zabiłeś człowieka.

Gorączkowo zaczął szukać portfela i przeklinać w myślach miejsce, w którym za posiłek płaciło się po zjedzeniu. Tylko kwestia finansowa trzymała go przy tym stoliku, przy którym, czuł to, miał zaraz się poczuć najgorszą szują.

Niespodziewanie Lisa wychyliła się ze swojego miejsca po drugiej stronie stołu i przytrzymała go za rękę.
– Artiom, przepraszam.
– Ty mnie? Za co niby?
– Wiem, jak bardzo przeżywasz wypadek Davey’ego. Nie chciałam ruszać tego tematu przy obiedzie, po prostu martwię się o niego i o Kate. Ty nie masz z tym nic wspólnego.
Artiom odruchowo dotknął szramy, która została mu po Darrenie Morganie.
– Już mi dzisiaj chłopcy wytłumaczyli, jak bardzo nie mam z tym nic wspólnego.
– Olej gówniarzy – zawyrokował Petter. – Darrenowi przejdzie, wiesz, że on jest wpatrzony w Kyle’a jak w obrazek. A Kyle to, jak słusznie zauważyłeś, kutas. Najprawdziwszy w świecie.

– Davey był… jest dla nich bardzo ważny.
– I co z tego? – Petter gestykulował przy użyciu widelca, aż w jednej chwili Artiomowi, zgoła irracjonalnie, wydało się, że Norweg zaraz wbije mu sztuciec w tętnicę.
– Skończyłem karierę ich guru.
Skończyłem karierę. To brzmiało lepiej niż zabiłem człowieka, poza tym Davey żył i mógł żyć jeszcze bardzo długo. Przecież był młody, silny…

Petter zamrugał gwałtownie. Lisa złapała go za rękę, gładziła uspokajająco. Ronny dalej patrzył w talerz.
– A ja – powiedział wreszcie Petter, cicho, tak że zagłuszała go nawet sącząca się z głośników muzyka – skończyłem karierę mojemu najlepszemu przyjacielowi, który mógł zostać mistrzem świata.

Artiom siedział jak wryty. Wiedział, że chodzi o Halvora Kristensena, przez wiele lat będącego szefem mechaników Lindmanna, ale nie znał szczegółów tej historii. Kiedy się wydarzyła, miał zaledwie trzynaście lat i w żużlu interesowało go tylko domowe podwórko. Plotki z wielkiego świata docierały do prowincjonalnego Saławatu bardzo rzadko, zazwyczaj przepuszczone już przez filtr percepcji przyjeżdżających z dalekiej Europy rosyjskich gwiazd speedwaya. Pamiętał tylko, że to był rok, w którym zamordowano Krałowa.

– To było na treningu. – Petter nie patrzył na Artioma, tylko na Lisę, która nadal głaskała jego rękę. – Początek sezonu, ja byłem jeszcze dzieciakiem i miałem straszny głód jazdy. Strzeliło mi do łba, żeby się pościgać już wtedy… Nie pamiętam, czy to ja źle pojechałem, czy Haliego podrzuciło, ale efekt był taki, że roztrzaskaliśmy się na bandzie. On mnie zamortyzował, nic sobie nawet nie złamałem, byłem tylko poobijany. A Halie… – Petter ukrył twarz w dłoniach.
– Ale wszystko dobrze się skończyło – zauważył Artiom.
– Pewnie – dobiegł zza rąk przytłumiony głos Lindmanna. – Ale zanim się skończyło, wszyscy przeżywaliśmy jakiś koszmar: Halie, Lisa, ja…
– Przecież nie miał do ciebie pretensji. – Artiom czuł, że te sytuacje, choć bardzo tego chciał, wcale nie są podobne.
– A Davey do ciebie ma?
– Nawet nie wiem.

Petter otarł pot z czoła, rozwalając przy okazji fryzurę. Jego twarz, w tym wciąż zmarszczone czoło, okalało teraz ptasie gniazdo w ciemnym odcieniu blondu.

– Myślę, że jego wcale nie obchodzi, co się stało i kto zawinił – odezwała się Lisa. – Każdy z was, kiedy wsiada na motocykl, wie, czym to się może skończyć. Ryzyko zawodowe, prawda? Ty też nie miałeś pretensji do Emila, jak cię skasował przed Mistrzostwami Juniorów, nie?

Artiomowi zabrakło słów. Sam ledwie pamiętał tamto zdarzenie sprzed pięciu lat. Jeffrey mówił, że gdyby wtedy nie złapał kontuzji niedługo przed finałem Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów, wygrałby w cuglach i byłby nie trzy-, a czterokrotnym młodzieżowym czempionem. Przeżywał tamtą kontuzję jak żadną inną, ale gdy tylko wrócił na tor, szybko się otrząsnął, zapomniał. Jakim cudem pamiętała Lisa, dla której był tylko rywalem męża?

– N-nie – wyjąkał, wciąż zbyt zdumiony, by złożyć sensowne zdanie.
– No właśnie. Takie jest życie. Taki jest żużel. Davey na pewno by cię nie obwiniał. Kate cię nie obwinia. A to, co się wydaje paru pismakom, pseudokibicom i pseudożużlowcom, to wyłącznie ich problem.
Lisa zdawała się jaśnieć w półmroku pizzerii wieczorową porą.

– Wiesz co, Petter? – Artiom wreszcie wyartykułował jakieś sensowne słowa. – Jesteś naprawdę obrzydliwym szczęściarzem, że trafiła ci się taka kobieta.
Petter tylko się uśmiechnął.
– No przecież wiem.

*

W drodze do domu telefon znowu zadzwonił. Artiom zerknął tylko na wyświetlacz, a widząc numer dziennikarza z „Przeglądu Sportowego”, zatrzymał się na poboczu. Był gotowy. Rozmowa z Petterem i Lisą dodała mu sił. Cokolwiek o tym sądził Jeffrey, Artiom wiedział, że z pewnymi demonami – albo potworami, jak kto woli – musi się zmierzyć zamiast od nich uciekać.

– Dzień dobry, panie „zabiłeś człowieka” – rzucił najchłodniejszym tonem, na jaki było go stać. – Jakie rewelacje ma pan dla mnie dzisiaj?
Ściemniło się już, a opady nie ustawały. W blasku przednich świateł na szosę padał rzęsisty deszcz i spływał w dół, daleko, na pobocze i potem w las, ciągnący się przez pół drogi między Toruniem a Bydgoszczą.
– Dobry wieczór. – Dziennikarz nie brzmiał na wytrąconego z równowagi. – Czy nadal utrzymujesz, że krytyczny stan Davey’ego Ruthforda nie jest twoją winą?
– Nigdy nic takiego nie powiedziałem – wysyczał Artiom. Deszcz. Skup się na deszczu.

Człowiek z „Przeglądu Sportowego” chyba nie usłyszał albo nie chciał usłyszeć jego odpowiedzi.
– Jak w takim razie rozumieć fakt, że po brutalnym faulu na Nowozelandczyku stałeś się w środowisku persona non grata?
– Niech pan zdefiniuje „środowisko” – burknął Artiom. Kap-kap-kap. Czy ta ulewa kiedyś ustanie? Jak tak dalej pójdzie, jutro do prezentacji będziemy wyjeżdżać żaglówkami. Na myśl o zawodach zrobiło mu się niedobrze.
– Młodzi Brytyjczycy postanowili ci sami wymierzyć sprawiedliwość… – Dziennikarz ewidentnie napawał się brzmieniem własnego głosu i nieszczególnie potrzebował jego odpowiedzi.
– Niech pan zdefiniuje „sprawiedliwość”.
– Kyle Kingsworth w ostrych słowach skomentował twoją postawę: nie tylko faul, ale też brak jakiejkolwiek skruchy. Jak się do tego odniesiesz?
– Czy pańskim zdaniem powinienem zakończyć karierę, aby dostatecznie wyrazić moją skruchę? – rzucił przez zęby Artiom, przekonany, że dziennikarz i tak nie zwraca uwagi na jego słowa.
– Cóż za bezczelność! – usłyszał ku własnemu zaskoczeniu. – Nie przejmujesz się, że takim zachowaniem zniechęcasz do siebie ludzi?
– Jeżeli ktoś czuje się zniechęcony, nie każę mu się ze mną przyjaźnić.
Kap-kap-kap. Struga wody płynęła wzdłuż drogi, spływała na leśną ścieżkę i żłobiła w niej koryto miniaturowej rzeki. Było jej zbyt dużo, by mogła wsiąknąć w ziemię.
– Zostałeś całkiem sam. Znokautowałeś dzisiaj przyjaciela, twoja partnerka nie chce mieć nic wspólnego z bandytą… Warto było?

Artiomowi zrobiło się słabo. Kyle po mistrzowsku rozegrał tę partię, niezależnie od tego, czy osobiście dostarczył dziennikarzowi świeżą ploteczkę, czy tylko pozwolił, by cały parking usłyszał wielką wiadomość i by ona popłynęła na fali aż do mediów.

Po prostu się rozłączył. Wiedział, że to było szczeniackie, ale nie znalazł słów odpowiedzi. Wyparowała z niego cała odwaga, a to, że w ogóle odebrał telefon, wydało się szczytem głupoty. Przez chwilę siedział w ciszy z komórką w dłoni, tępo wpatrując się w drogę przed nim. Miał ochotę zgasić światła samochodu i zapaść się w ciemność.

Warto było?
Zatem tak to widział świat? Polina odeszła, bo nie chciała być z torowym bandytą? Gdyby nie zaburzona chronologia, gotów byłby w to uwierzyć. W końcu takie kobiety jak Lisa Lindmann zdarzają się raz na milion…

Tknęło go. Wspomnienie Lisy było bolesne i jednocześnie orzeźwiające, i nagle w samochodzie zrobiło mu się duszno. Opuścił szyby, ale nie ruszył z miejsca. Zamiast tego wybrał numer Emila.
– Zabij mnie, stary, jestem skończonym ścierwem – złożył samokrytykę, kiedy tylko usłyszał w słuchawce głos przyjaciela. – Żyjesz?
– Wyliżę się. – Emil mówił trochę niewyraźnie, ale na szczęście nie brzmiał na kogoś, komu przed kilkoma godzinami złamano nos. – Ale prawy sierpowy to masz taki, że tylko pozazdrościć. Myślałeś, żeby się przekwalifikować na boksera?
– Czepałow, skończ – jęknął Artiom. – Bokserzy to, zdaje się, wasza lokalna specjalność.

Obecny trener Mega Łady Togliatti był znany z tego, że przed blisko dwudziestu laty w porywie złości dosłownie znokautował rywala podczas Grand Prix. W porównaniu z jego wyczynem bójka Artioma i Darrena wyglądała jak dziecinne okładanie się łopatkami w piaskownicy.

– Jeżeli chcesz przeprosić za to, że zostawiłeś mnie na pastwę oszołomów z FIM, to przeprosiny w formie materialnej przyjmuję jutro przy stadionie od dziewiątej do piątej…
Artiom właśnie przeprosiny miał w planach, ale zdążył przywyknąć, że Emil czyta mu w myślach. Zresztą, sam nie był gorszy.
– Wbij jutro na stadion, to przyniosę ci te dary. Na razie forma ustna musi wystarczyć, więc przepraszam. Miałem cię zgarnąć po treningu, ale było mi potwornie wstyd, a poza tym porwał mnie Petter.
– Wiem, wiem, Jeffrey wspominał. Dopadłem go, jak mnie w końcu wypuścili. – Emil nie wydawał się mieć Artiomowi za złe tej dezercji. Zaraz jednak przestał brzmieć wesoło. – Aha, też jestem ścierwem, bo powiedziałem pani Hyllary z FIM, że zamiast tym, czy miałem prawo być w parkingu, lepiej zajęliby się tym, że im się dwóch żużlowców pobiło. Też cię przepraszam, ale wiesz, że i tak będziesz miał nieprzyjemności.
– Jakbym już nie miał. – Artiom spochmurniał. Na powrót poczuł ciężar na sercu. Zastanawiał się, czy jest w stanie dojechać do domu, czy spędzi noc w samochodzie, na poboczu obok bezimiennego lasu. I czy gdyby zdecydował się na tę opcję, ktokolwiek się nim przejmie? – Mam na szyi ślad szponów Darrena. Ja jemu też pewnie zostawiłem pamiątkę. Nie pozabijaliśmy się, mogliby nam dać spokój… Dobra, wiem, że nie dadzą. I że temu kutasowi Kingsworthowi się upiecze, chociaż to on nas sprowokował.
– Kutasowi? – Emil zacmokał z wyraźnym uznaniem. – No, no, dzieciaku, szybko się uczysz nowych słów. Co na to twój Żadnych-Przekleństw-W-Mojej-Obecności menedżer?
– Nie słyszał i nie usłyszy. A ty jesteś podejrzanie radosny jak na cierpiącego, więc uznam, że nie wymagasz natychmiastowej interwencji. W takim razie mogę cię o coś prosić?
– Zbierasz dług u mnie, Milutin – ostrzegł Emil.
– Oddam w zębatkach. Słuchaj, mógłbyś poprosić Pettera, żeby wyciągnął od swojej żony numer do kobiety Davey’ego?
– A nie mogę ci po prostu dać numeru Pettera?

Artiom zawahał się. Powinien podziękować Petterowi i oczywiście Lisie za to, że wyciągnęli go z ponurego stadionu i dali poczuć, że nie jest sam. Chociaż okraszony ciężarem z powodu stanu Davey’ego, obiad z największym zakapiorem światowego żużla był najlepszym, co mogło spotkać Rosjanina tego deszczowego popołudnia. Wiedział jednak, że wdzięczność jest zbyt wielka, aż łapie za gardło, i że nie da rady normalnie rozmawiać z Petterem.

– Nie.
– Mam nadzieję, że z nim się nie pobiłeś – zaniepokoił się żartobliwie Emil. Artiomowi jakoś nie było do śmiechu.
– Emil, możesz to dla mnie zrobić? Proszę.
– Jasne, stary, to ty tu jesteś gwiazdą. Twój murzyn już idzie robić swoje. Ale jak jutro się nie spotkamy, to wisisz mi nowy motocykl. Nie żartuję.

Artiom zaśmiał się z przymusem. Emil wygłupiał się jak zwykle, może nawet bardziej niż zwykle, a żart z motocyklem powtarzał piąty albo szósty raz. A Artiom czuł, że śmiech przyjaciela to tylko rozpaczliwa próba odciągnięcia go – i samego siebie pewnie też – od ponurych myśli.

Ruszył przed siebie. Deszcz przestał padać, ale szosa wciąż była zalana i samochód ślizgał się jak na lodzie, a jego opanowanie wymagało pełnego skupienia. Na ostatnie pół godziny drogi do domu przy ulicy Sułkowskiego Artiom wyrzucił z głowy Polinę, Davey’ego i nos Emila. Błogosławiony polski październik…

*

Wiedźmin Geralt miał z Artiomem ciężki żywot.
Chłopak wrócił do swojego bydgoskiego mieszkania i doprowadził do porządku przemoknięte ubranie, zjadł kolację, ogółem: zrobił wszystko to, czego normalny człowiek nie robi w piątkowy wieczór, a żużlowiec – w wieczór przed finałową rundą Grand Prix. A potem usiadł do gry. Jego sobotni rywale bawili się teraz zapewne w toruńskich hotelach albo w klubach na Starówce, w ostateczności próbowali oczyścić umysł przed zawodami, a on zaprzyjaźniał się po raz kolejny z Zabójcami Królów. Tylko że było mu tak ciężko, że nawet gra nie szła.

Tuż po powrocie na podesłany przez Emila numer wysłał smsa. Bał się zadzwonić do Kate, bał się, co mógłby usłyszeć od narzeczonej Davey’ego Ruthforda. Sms był bezpieczniejszy, miał jednak pewną wadę – reakcja nie nastąpiła od razu. Artiom niby więc grał, ale tak naprawdę cały czas z nadzieją spoglądał na komórkę. Marzył, że w którymś momencie na wyświetlaczu pojawi się wiadomość od Kate. Wszystko w porządku. Davey będzie żyć, kiedyś może nawet wróci do żużla, jeżeli oczywiście zechce. Żadne z nich nie ma do Artioma pretensji.

Im dłużej czekał, tym mniej wierzył w szczęśliwe zakończenie tej historii.

W domu było cicho. Grała wyłącznie muzyka w grze, a i wiedźmin od czasu do czasu się odezwał. Sąsiedzi nie hałasowali. Artiom uchylił okno w pokoju, żeby łapać dźwięki z ulicy, lecz i tam nic się nie działo, nie przystanął nawet jeden głupi samochód i nikt nie szedł między blokami. Dresiarze zapewne stacjonowali bliżej centrum, emeryci w domach chronili się przed jesienną aurą. W takich chwilach Artiom szczerze przeklinał osiedle Leśne.

W pewnej chwili wydało mu się, że słyszy kroki na klatce schodowej. Był akurat w trakcie walki z upiorem i nie mógł odejść od konsoli, ale uroiło mu się, że to jakaś panna przyszła do Jeffreya. Najwyższy czas! Jego menedżer żył jak asceta, całą egzystencję podporządkowując żużlowi. Która kobieta zniosłaby z góry skazaną na porażkę rywalizację o Jeffreya Parkera z młodym rosyjskim żużlowcem?

W trakcie kolejnej walki, tym razem z kilkoma upiorami naraz, zadzwonił telefon i Artiom zostawił wiedźmina na pewną śmierć. Nie miał głowy do pauzowania gry.

– Halo, Kate?
W słuchawce rozległo się siąkanie.
– Cześć. Nie dzwonię za późno? – Narzeczonej Davey’ego łamał się głos. Artioma ścisnęło w dołku.
– Nie, coś ty. Przepraszam za tego smsa. Przepraszam za to wszystko. Jak… jak się trzymacie? Mógłbym coś dla was zrobić?

Sam sobie wydał się żałosny. Mógł o to wszystko zapytać trzy dni wcześniej, tuż po fatalnym wypadku w Hallstavik.

Kate się rozpłakała. To było i zrozumiałe, i całkowicie nieoczekiwane, i Artiom nie miał pojęcia, co powinien zrobić, oddalony od całej tej tragedii o kilkaset kilometrów.
– Przepraszam – chlipnęła, jakby naprawdę to ona miała za co przepraszać. – Z Davey’em… jest źle. Bardzo źle. Pomódl się za niego, proszę. Tylko tyle…
Koniec zdania utonął w szlochu.

Nie dała mu odpuszczenia grzechów, ale musiałby być skończonym egoistą, żeby na to nalegać. Rozłączył się, przerażony jej łzami i ogromem bólu, przerażony własną bezsilnością. Poszedł do kuchni, żeby zaparzyć herbatę, ale zagotował tylko pusty czajnik i nawet tego nie zauważył. Długo patrzył przez okno na deszcz płynący ulicami w blasku lamp. Na osiedlu było aż nienaturalnie cicho. W piątkowy wieczór cały świat żył gdzie indziej.

Artiom stał przy oknie, nieruchomo, długie minuty, może godziny. Ocknął się dopiero, gdy znów zaczęło padać. Na czarnym od nocy parapecie jeden po drugim osiadały białe płatki.
– Śnieg – powiedział głośno w przestrzeń. – Patrz, Davey, pierwszy śnieg tego roku.

Żużlowcy nie umierają, oznajmiło coś w jego głowie. Nie rozpoznawał głosu, nie wiedział, czy to wspomnienie, echo czyichś słów, czy jego własne myśli. Oni tylko przechodzą do najlepszej ligi z możliwych.

Zabiłeś człowieka.
Trafił do najlepszej ligi z możliwych.
Warto było?
…najlepszej z możliwych…
Nawet jeżeli to była prawda, to wolał, żeby Davey Ruthford został w tej gorszej lidze, rywalizował w szalonych warunkach pogodowych, walczył z deszczem i śniegiem… ale żeby był. Tu i teraz.
Płatki śniegu bezgłośnie opadały na Osiedle Leśne.

Września, 13-17 lipca ‘17

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *